Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #11

09:48 Radosław Pisula 0 Comments

Dzisiaj na nasz recenzencki parkiet wchodzą: policjanci w trykotach prosto od Alana Moore'a, Flashy Flash, Harley Quinn dyskutująca z Jokerem, bękarty Jasona Aarona, Darkseid tłukący się z Ligą Sprawiedliwych i w końcu elastyczna Ms Marvel.

TOP 10
Scenariusz: Alan Moore
Rysunki: Gene Ha
Wydawnictwo: Egmont Polska

Alan Moore to taki chodzący szwajcarski scyzoryk – geniusz-wariat-dziwak-czarodziej, który czego się nie dotkanie zamienia złoto. Mało jest osób tak dogłębnie rozumiejących zasady funkcjonowania formuł gatunkowych, które przekuwają na swój sposób, wyrzucając z siebie kolejne arcydzieła. „Top 10” nie jest może jego największym dokonaniem, bo nie uświadczymy tutaj tak skrupulatnej wiwisekcji wybranej tematyki jak w „Strażnikach”, „Supreme” i „Miraclemanie”, złożenia do kupy klasycznych pomysłów w formie przerażająco rozbudowanej mitologii jak w „Lidze Niezwykłych Dżentelmenów”, czy absolutnie błyskotliwego poprowadzenia klasycznych postaci, czego przykładem jest „Swamp Thing”.

Ale „Top 10” to jeden z jego najbłyskotliwszych projektów i zdecydowanie z rodzaju tych, gdzie stawia przede wszystkim na dobrą zabawę, zachowując się trochę jak rozweselony fan, który chce pokazać jak najwięcej swojej miłości do dokonań popkultury. Sam projekt opiera się na prostym pomyśle – scenarzysta bierze strukturę policyjnego proceduralniaka, jeden z najbardziej przeżartych telewizyjnych schematów, łącząc go niespodziewanie z miastem zaludnionym przez istoty z supermocami, zakładające pstrokate kostiumy. Czytelnika ten świat zadziwia, ale dla bohaterów jest to zupełnie normalna codzienność – kosmiczna zabójczyni grasująca w kanałach? Supermyszy plądrujące dom pewnej staruszki? Morderstwo nordyckiego boga w knajpie? Pijany kaiju rozwalający pół miasta, bo przyszedł po syna siedzącego w kiciu? Ekipa nadpolicjantów musi dzień w dzień załatwiać takie sprawy, a Moore z wyczuciem łączy obyczajówkę ze świetnie nakreślonymi postaciami (każda jest zaskakująco ludzka w swojej niezwykłości), wartką akcją i całkiem niezłymi intrygami. Pełne wydanie komiksu to po prostu dwanaście odcinków kapitalnego policyjnego serialu z promieniami z tyłków w tle, gdzie Moore czuje się jak ryba w wodzie. Bardzo dobrze rozumie się też z rysownikiem, Gene Ha, którego praca stanowi zupełnie nowy poziom odczytania komiksu, bo w tle pochowane są nawiązania do setek różnych postaci z historii superbohaterstwa – cały świat przedstawiony jest z nich zbudowany, dzięki czemu szybko zachęca do ponownego czytania.

Ale dość słów – to jest Moore w prawie że narkotycznym ciągu bezpretensjonalnej zabawy z gatunkiem, który dekonstruuje od lat. Warto z miejsca kupić „Top 10” i po prostu czerpać przyjemność z obcowania z jednym z najlepszych scenarzystów komiksowych w historii. Drzemie w tym pozornie posępnym wariacie jeszcze sporo młodocianej energii.
Radosław Pisula

FLASH – TOM 5: LEKCJE HISTORII
Scenariusz: Brian Buccellato, Christos N. Gage
Rysunki: Patrick Zircher, Norm Rapmund, Brett Booth, Neil Googe, Agustin Padilla
Wydawnictwo: Egmont Polska

Francis Manapul opuścił Flasha, zostawiając za sterami Briana Buccellato, a rysunki przekazując całej grupie artystów (piąty tom tworzyło pięciu rysowników). Zresztą i Buccellato nie napisał w tym wypadku wszystkich zeszytów, bo za jedną krótką historię odpowiadał Nicole Dubuc, a kolejny zeszyt przypadł Christosowi N. Gage’owi. Czy jednak te zmiany wpłynęły negatywnie na najszybszego człowieka na świecie? Moim zdaniem nie.

„Lekcje historii” wreszcie przynoszą Flashowi więcej luzu, czerstwego poczucia humoru i fabuł, które nie muszą być ultradramatyczne. Tak jest w przypadku historii „Szybki i zielony”, opowiadającej o konsekwencjach pierwszego spotkania Barry’ego z Halem Jordanem i początkach ich „przyjaźni”. Są kosmiczne potwory, słabe żarty, Hal jest prawdziwym dupkiem – wszystko na swoim miejscu. Podobnie „Flash i woda”, napisana przez Christosa N. Gage’a, które jest idealną jednozeszytówką, gdzie scenarzysta bawi się mocami Barry’ego i ich ograniczeniami, a także przypomina cudownie przerysowaną Spitfire.

Główna historia tomu, czyli tytułowe „Lekcje historii”, to powrót do poważnych opowieści, grzebania w historii Barry’ego i zadawania kolejnych pytań o tożsamość mordercy jego mamy. Fabuła może kojarzyć się z filmem „W sieci zła” z Denzelem Washingtonem, ponieważ też opowiada o duchu/demonie, który potrafi przenosić się z ciała do ciała i podobnie jest seryjnym zabójcą. A skoro do Central City trafia taki upiór, to dostajemy kolejny team-up, tym razem z Deadmanem. Całkiem przyzwoita historia z dobrze wprowadzonym cliffhangerem, ale gdybym miał wybór, to wolałbym jednak wrócić do „W sieci zła” (bo kto nie uwielbia młodego Denzela i Johna Goodmana?)

Piąty tom przygód Flasha jest ostatnim z New 52, jaki zostanie wydany u nas przez Egmont (przynajmniej na razie, może za dziesięć lat wrócą do New 52 jako do „klasyki”). W październiku otrzymamy pierwszy album z przygodami Barry’ego Allena z Odrodzenia. I choć „starsza” wersja Barry’ego nigdy nie złapała mnie za serce, żaden z tomów nie zapadł mi na dłużej w pamięci, to do „Lekcji historii” z pewnością jeszcze wrócę. Ponieważ znalazłem w nich odrobinę tego, czego we Flashu szukam – luzu, dystansu i rezygnacji z martyrologii. To wciąż „tylko” przyzwoity tom z kilkoma przebłyskami, ale czasem ta przyzwoitość wystarczy.
Julian Jeliński


HARLEY QUINN – TOM 5: JOKER NIE ŚMIEJE SIĘ OSTATNI
Scenariusz: Jimmy Palmiotti, Amanda Conner
Rysunki: Amanda Conner, Alex Sinclair, Chad Hardin
Wydawnictwo: Egmont Polska

Harley Quinn mnie pokonała. Po czterech tomach frustracji, złości, wybuchów, krzyków i bicia pięściami w komiks wreszcie się poddałem. Czytałem kolejne strony tomu piątego praktycznie nie reagując, niczym Malcolm McDowell podczas „terapii” w „Mechanicznej Pomarańczy”, nie mogąc się obronić i przyjmując wszystkie treści wyświetlane na kolejnych kadrach.

Jednak po tej smutnej lekturze pozostała mi w głowie jedna męcząca myśl. Nie mam zielonego pojęcia, kim jest ta postać, którą nazywają w komiksie „Harley Quinn”. To, że nie ma ona nic wspólnego z bohaterką stworzoną przez Paula Diniego występującą w „Batman: The Animated Series” jest jasne dla każdego, kto czytał komiksy z New 52 i oglądał serial (albo zna „The Batman Adventures: Mad Love”). Ale! To, że jest kimś innym można zrozumieć. Każdy scenarzysta nadaje swoim postaciom trochę inne cechy, czasem całkiem odmieni ich charakter. Problem z Harley w tym tomie (i całej serii) jest taki, że ona w ogóle nie ma charakteru. Jej działania są przypadkową wypadkową chwilowych potrzeb poprzednich kadrów. Nie ma tu żadnej logiki zachowań, ciągłości w postawach, stałego poziomu „szaleństwa”.

Ciężko nie odnieść wrażenia, że „szaleństwo” Harley Quinn stało się znakomitą wymówką, by zignorować cechy charakteru i zmuszać ją do sprzecznych działań na przestrzeni ledwie kilku stron. I w tym tomie jej przygód ta zagrywka boli mnie najbardziej, gdyż na sam koniec niespodziewanie scenarzyści wrzucają Harley do celi Jokera i chcą czytelnikom wmówić, że przez te dwadzieścia kilka komiksów w Harley zaszła jakaś przemiana, że czegoś się nauczyła, że jest inna. Niestety, choć sam pomysł jest świetny, to sposób poprowadzenia go niszczy efekt końcowy. Zamiast choć odrobinę utożsamić się z Harley będziesz się śmiał z nieuzasadnionego „szokowania” czytelnika i nagłego moralizowania w serii, w której przecież trup ściele się gęsto, wszędzie upycha się niepotrzebną goliznę, a słowo „przypadek” najlepiej opisuje sposób konstruowania fabuły.

Wychodzę pewnie na zrzędę, bo zamiast „dobrze się bawić” podczas lektury (a tak sugerowały pewne recenzje), to przez ostatnie tomy cierpiałem, a czytając piąty tylko ze smutkiem przewracałem strony. Harley Quinn nie jest „samograjem”, wbrew temu, co wydaje się chyba wszystkim decydentom DC i Warner Bros. Łatwo narysować (animować lub zagrać) seksowną kobietę, znacznie trudniej zrobić z niej trójwymiarową postać, którą chcemy poznawać i której będziemy kibicować. Amanda Conner i Jimmy Palmiotti dołączają do grona autorów wracających z tej potyczki na tarczy, zostawiając za sobą dziesiątki niestrawnych stron komiksów.
Julian Jeliński

BĘKARTY Z POŁUDNIA – TOM 3: POWRÓT DO DOMU 
Scenariusz: Jason Aaron, Jason Latour
Rysunki: Jason Latour, Chris Brunner
Wydawnictwo: Mucha Comics

Jason Aaron nie od dzisiaj wie, jak pisać o przeżartym korozją świecie jankeskiego południa. Jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych amerykańskich scenarzystów, trochę taki Cormac McCarthy komiksu, tylko z dorobkiem bezpretensjonalnych historii trykociarskich w CV, nie pisze „Bękartów z południa” w aż tak hipnotyzującym stylu jak „Skalp”, ale to cały czas poziom nieosiągalny dla całych zastępów scenarzystów – nawet tych dosyć utalentowanych.

Po dwóch tomach dosyć ściśle postaciocentrycznych – zaskakującym zarzewiu akcji obracającym się wokół powracającego do domu Earla Tubba i kontynuacji szerzej przedstawiającej trzymającego całe miasto w garści trenera Bossa – przychodzi czas, żeby buchające coraz mocniej płomienie trawiące społeczność zaczęły smażyć kolejne postacie. Tutaj ważnymi składnikami południowego dania stają się szeryf, będący pod butem Bossa i zaczynający rewidować swoją sytuację; zwyrodnialec Esaw; żyjący na odludziu, zafiksowany religijnie Boone, który postanawia w końcu zrobić porządek w grzesznym miasteczku oraz twarda córka Tubba – wracająca właśnie ze służby w Afganistanie, żeby zbadać sprawę śmierci ojca. Cały ten mariaż postaci, stłoczonych wokół jedynie pozornie zakończonego konfliktu między Tubbem i Bossem, znakomicie wpisuje się w całą historię, gdzie pierwsze skrzypce grają świetne dialogi oraz pieczołowicie budowany mały wielki świat.

Podobnie jak w przypadku „Skalpu” nie jest to historia epizodyczna, a złożona saga, którą najlepiej pożera się ciągiem – szczególnie, że klimat piekielnego i zapuszczonego południa Stanów, podkreślanego przez krwistoczerwone i przeżółkłe barwy, osacza z miejsca. Warto zainwestować w dzieło Aarona, bo to znakomicie rozpisana historia dźwigana na barkach wyniszczonych postaci, która bez ogródek przedstawia małomiasteczkowe piekiełko gdzieś w Stanach, w którym od dawna nikt już nie śni amerykańskiego snu.
Radosław Pisula


LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI – TOMY 7 I 8: WOJNA DARKSEIDA
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Jason Fabok
Wydawnictwo: Egmont Polska

Pamiętam, gdy zobaczyłem zapowiedź tej historii jakiś czasu temu. Batman na tronie Moebiusa mówiący „jestem bogiem”. Ok. Widziałem już wszystko, mogę umrzeć. Nawet nie muszę czytać tej historii… Ten jeden obraz był jasnym znakiem, że New 52 zje swój własny ogon i musi się skończyć. Zaczęliśmy przygody Ligi Sprawiedliwości od Darkseida i na nim skończymy. Bo i co można jeszcze zrobić? Poziom „zagrożenia”: międzygalaktyczny, w wojnie uczestniczą bogowie, nasza Liga nagle zyskuje niewyobrażalne moce, akcja rozgrywa się jednocześnie na kilku planetach, mity łączą się z rzeczywistością, a całość okraszona jest chwytami wprost z „Mody na sukces” gdzie najważniejsze jest to, kto czyim jest ojcem lub zaginionym synem (córką).

Brzmi to wszystko chaotycznie i bez wątpienia tak jest. Niczym nieuzasadnione zwroty akcji w stylu telenoweli nie pomagają w braniu Wojny Darkseida na poważnie. Ale! Jest w tym chaosie jakiś pulpowy, kiczowaty urok. Wybuchy, morderstwa, przepowiednie, poważne miny, jeszcze poważniejsze zapowiedzi końca świata, co kilka stron. Gdybym nie widział tego w… każdym tomie Ligi Sprawiedliwości od Geoffa Johnsa, to może jakieś emocje by to we mnie wzbudziło. A tak wziąłem michę popcornu, po czym rozkoszowałem się rozwałką i nawalanką. W tej kategorii Johnsowi ciężko dorównać i warto więcej czasu poświęcić podczas lektury na docenianie kadrów oraz walki niż na to, co wypisane jest w dymkach.

Czytanie „Wojny Darkseida” prześmiewczo zapewni ci, moim zdaniem, najwięcej rozrywki. W momencie, w którym zaczniesz się zastanawiać, dlaczego konkretne postaci w jednej chwili zachowują niezwykle wręcz idiotycznie, zważywszy na ich charakter (np. osoba przezorna i zawsze analizująca każdy krok nagle stanie się lekkomyślna oraz impulsywna; albo matka, która poświęciła dziesiątki, jak nie setki lat, by wychować swoją córkę, nagle okazuje się jej w ogóle nie znać i jest co chwila zaskoczona, bezradna), wartość ósmego tomu Ligi Sprawiedliwości zacznie gwałtownie spadać i zaczniesz się niepotrzebnie irytować. Zadawanie pytań nic dobrego nie przyniesie (czemu Czarny Podróżnik w jednym momencie zostaje, a w innym musi odejść? W co i jak przenosi się Sieć, gdy jej poprzednie „lokum” zostało zniszczone, a nosiciel został „opuszczony”? Czemu Johns postanowił zrobić ten idiotyczny zabieg z trzema Jokerami? Itd…).

Gdy jednak skoncentrujesz się na niezłej nawalance, groźnych minach, epickich rozkładówkach (jednocześnie ignorując luki fabularne i ciągłość zachowań bohaterów), to „Wojna Darkseida” przyniesie ci niejeden uśmiech oraz niemało satysfakcji. W przeciwnym razie będziesz przewracał oczami i niepotrzebnie pytał co chwila „dlaczego?”, a po lekturze ze złością trzaśniesz tylną okładką zamykając tom. Wybierz mądrze.
Julian Jeliński


MS MARVEL – TOM 2: POKOLENIE CZEMU
Scenariusz: G. Willow Wilson
Rysunki: Adrian Alphona, Jake Wyatt, Jamie McKelvie
Wydawnictwo: Egmont Polska

Kamala Khan, kolejna, zaktualizowana wersja Spider-Mana (obok Milesa Moralesa), powraca w drugim tomie swoich przygód, by rozwikłać zagadkę Wynalazcy (z którym zmierzyła się już wcześniej), jednocześnie ucząc się bycia superbohaterką i łącząc swoje obowiązki z życiem normalnej (albo prawie normalnej) nastolatki. Nowej Ms Marvel poświęciłem dłuższy artykuł już wcześniej, wyjaśniając jak ważny to tytuł ze względu na umiejętność stworzenia trójwymiarowej, niezwykle ludzkiej superbohaterki, która jednocześnie jest młodą muzułmanką z rodziny imigrantów.

G. Willow Wilson, scenarzystka przygód Kamali, zamiast konstruować polityczne historie, ideologiczne kampanie, skoncentrowała się na tym, co (moim zdaniem) najważniejsze – codziennych problemach typowej nastolatki. Dzięki temu z Ms Marvel niezwykle łatwo się utożsamić. Kto bowiem nie miał problemów z nadopiekuńczymi rodzicami, upierdliwym rodzeństwem czy idiotami w szkole? Kto nie chciał się dopasować, a jednocześnie, w jakiś magiczny sposób próbował pozostać sobą (nie do końca nawet wiedząc, co to znaczy „być sobą”)?

Ta „znajoma” rzeczywistość jest jednym z najmocniejszych atutów tej serii. Inny zaś stanowi nieporadność Kamali, połączona z determinacją, by stawać się coraz lepszą superbohaterką, nawet pomimo nieustannych zderzeń ze ścianą. Zresztą trudno w „Pokoleniu czemu” znaleźć chwilę, gdy postępowanie głównej bohaterki wyda nam się nielogiczne, niezrozumiałe – ponieważ zalety tej serii wyrastają z umiejętności zbudowanie trójwymiarowej, zrozumiałej i psychologicznie rozbudowanej postaci.

Dlatego też nie koncentruję się w recenzji na opisie walk, spotkaniu z Wolverinem (uroczym do bólu, choć irytująco narysowanym), próbie odpowiedzi Kamali na pytanie „kim jestem?” i spotkaniu z Inhumanami. Superbohaterski aspekt tomu jest tylko słodkim lukrem pokrywającym kilka dobrych warstw historii o dojrzewaniu oraz szukaniu siebie. I za to ciężko nowej Ms Marvel nie lubić.
Julian Jeliński

0 komentarze: