Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #10

11:12 Radosław Pisula 0 Comments

Dzisiaj na nasz recenzencki parkiet wchodzą: zbrojna Harley Quinn, Punisher ścigający Thunderbolts, finał serii "Batman" od Scotta Snydera, koszmary z Hrabstwa Harrow i anarchistyczny Anarky.



HARLEY QUINN – TOM 4: DO BRONI!
Scenariusz: Amanda Conner, Jimmy Palmiotti
Rysunki: Amanda Conner
Wydawnictwo: Egmont Polska

Nie mam sił do tej serii. Mógłbym właściwie skopiować recenzję tomu trzeciego i nie musiałbym pewnie zmieniać ani słowa, by pasowała do tomu czwartego (i pewnie wykonałbym tyle samo pracy twórczej, co autorzy tego tomu). Bzdurne epatowanie seksem, zbędne sekwencje snów i marzeń, by upchać więcej nagich dziewczyn lub nagich dziewczyn całujących się z innymi dziewczynami. Żarty rzucane ot tak, jakby zasłyszane podczas jazdy metrem i w dodatku niedokładnie zapamiętane. Fabuła przypominająca opowieści pijanych kolegów z ADD. A! I trochę ładnych ilustracji oraz pięknie narysowanych kobiet. Tak na „osłodę” albo by jeszcze bardziej czytelnika zdenerwować. Przerzucanie kolejnych stron tego tomu było dla mnie prawdziwym cierpieniem. Nie śmiałem się, nie wciągnąłem w żadną z historii, ani nie kręciły mnie pośladki Harley. Czy to znaczy, że jestem już za stary na oglądanie nagich panienek i ich pięknych kształtów? Absolutnie nie. Tylko, że gdy mam na to ochotę, sięgam po dedykowane strony i filmy. Od komiksu (nieerotycznego) wymagam jednak czegoś innego. Może oszalałem jak Harley. A może po prostu nie daję się nabrać na ładne obrazki mające na celu mnie ogłupić, bym wydał kolejny grosz. Po czwartym tomie Harley Quinn potrzebowałem detoksu, by nie znienawidzić komiksów. Ludzie, głosujcie portfelami, zmuście wydawców, by takimi „tworami” nie zalewali nam rynku. Jest tyle lepszych tytułów…
Julian Jeliński

THUNDERBOLTS – TOM 6: PUNISHER KONTRA THUNDERBOLTS
Scenariusz: Ben Acker, Ben Blacker
Rysunki: Carlo Barberi, Gerardo Sandoval, Kim Jacinto, Jorge Fornes, Matteo Lolli
Wydawnictwo: Egmont Polska

Ta seria stała się zdecydowanie jednym z największych niewypałów z Marvel Now. Od początku nie było pomysłu na całą tę zbieraninę popularnych postaci, które głównie miały tu świecić twarzami, bo fabuły ostro ryły po dnie garnka z pomysłami. Za kadencji Daniela Waya było to zupełnie nieczytalne, nawet w ramach prostej rozrywki, potem przyszedł Charles Soule, który lepiej prowadził postacie, nadał im jakieś charaktery, ale nadal historie wyglądały w najlepszym wypadku tylko poprawnie. I dopiero teraz, na zakończenie całego projektu, panowie Acker i Blacker postanowili zaryzykować, prezentując czytelnikom prostą i bezczelną historię, kończąc cały ten cyrk z przytupem, co wyszło ostatecznie… naprawdę nieźle. A nawet lepiej, bo to zgrabna i rubaszna opowieść, która przerysowuje postacie do granic, ale w końcu są one JAKIEŚ.

Zarys fabuły jest bzdurny, ale z potencjałem: Punisher myśli, że Red Hulk chciał go zamordować za to, że rzucił zespół w cholerę. Frank przeżył eksplozję swojego domu, bo ma dobrą lodówkę i rusza mścić się na Rossie – ale zanim do tego dojdzie musi unieszkodliwić swoich jeszcze niedawnych kolegów z drużyny, żeby nikt nie wszedł mu w drogę. I tak, całość sprowadza się do tego, że Castle w finezyjny sposób rozkłada kolejnych Thunderboltów na łopatki (w naprawdę kuriozalne sposoby i odlatując daleko od rdzenia postaci), a scenarzyści i czytelnicy mają tutaj całkiem sporo radochy – jeśli tylko przymkną oko na dziwaczne decyzje bohaterów. To idealnie prosty (ale nie prostacki) komiks klasy B, podkreślony całkiem zabawnymi dialogami (starcia Punishera z Ghost Riderem i Deadpoolem to czyste złoto) i sytuacjami, zwarty, dynamiczny. I nawet został dopakowany dosyć ciekawym zwrotem fabularnym w trzecim akcie, który dobrze domyka całą serię. A na dokładkę wpada jeszcze równie dziwaczny Annual z magiczną historią, gdzie zespół zamienia się w ekipę z RPG w stylu fantasy.

I taka powinna być ta seria od początku – bezpretensjonalna, podkreślająca zróżnicowanie postaci i, co najważniejsze, chociaż minimalnie zabawna. A dokładnie to dostajemy w finale – nie jest to szczególnie dobry komiks, ale zdecydowanie ma sporo uroku i kilka razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem. Szczególnie obserwując Punishera, który odwala tutaj typowego Terminatora. Pocieszne czytadło cieszące się ze swoich absurdalnych uwarunkowań – spokojnie z całej serii możecie zainwestować w sam finał.
Radosław Pisula

BATMAN – TOM 9: BLOOM
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont Polska

Cóż za niespodzianka… Batman wraca! Serio? Czy ktokolwiek z was myślał, że rozwiązanie z amnezją utrzyma się długo? Na pewno nie Snyder, który w ostatnim tomie Batmana ze świata New 52 zaserwował nam prawdziwie surrealistyczną jazdę. Nowy superzłoczyńca, Bloom, terroryzuje Gotham i Jim Gordon pełniący obowiązki Mecha-Batmana nie daje sobie z nim rady. Zresztą jak ma poradzić sobie z zagrożeniem, którego moce i słabości są niedookreślone i ciężko nadążać za jego zmieniającymi się ze strony na stronę cechami. To najdziwniejszy przeciwnik w całym runie Snydera i zdecydowanie najgorzej narysowany. Przypomina wizję z nieudanego tripa ultra wegetarianina po ciężkim kwasie. Na dodatek w dziewiątym tomie przygód Batmana musimy jeszcze przerabiać rozterki Bruce’a Wayne’a, który nie wie czy wrócić do bycia sobą, czy też nie. Poza tym poznaje na ławce w parku kolesia „przypominającego” kogoś z jego przeszłości (któż z nas tak nie miał?), a wszystko to, gdy Gotham (po raz setny…) płonie. Chaos tego tomu sprawia, że nawet fani serii i Scotta Snydera z trudem przedzierają się przez kolejne zeszyty. Zatem jeżeli twoje serce nie bije mocniej do Batmana z New 52 możesz śmiało odpuścić sobie „Blooma”. Szczególnie, gdy „Odrodzenie” jest tuż za rogiem.
Julian Jeliński

HRABSTWO HARROW – TOMY 1 I 2: NIEZLICZONE DUCHY; SIOSTRY
Scenariusz: Cullen Bunn
Rysunki: Tyler Crook
Wydawnictwo: Mucha Comics

Podchodziłem do tej serii jak pies do jeża, bo Cullen Bunn w mainstreamie jest naprawdę słabiutki – gdy musi dorabiać przy Deadpoolach czy Spider-Manach robi to zazwyczaj mocno na odwal się. Na szczęście przy pozycjach niezależnych przykłada się już do pracy i widać, jak dużą radochę ma z gatunkowych zabaw – w „Szóstym Rewolwerze” flirtował z westernem, a w „Hrabstwie Harrow” skręca w stronę klasycznych gotyckich opowieści grozy przefiltrowanych przez gore, jakimi napełniło je w połowie XX wieku brytyjskie studio Hammer.

Dostajemy więc niewielkie hrabstwo otoczone połaciami nieprzeniknionych lasów, gdzie czają się tajemnice, a rdzeniem całej opowieści, wokół którego kumulują się wszystkie wydarzenia, jest Emmy – młoda dziewczyna w pewien sposób połączona z wiedźmą spaloną kilka lat wcześniej przez okolicznych mieszkańców. Nastolatka zaczyna przejawiać niezwykłe moce, przez co sprowadza na siebie gniew ludności, a także uczy się kontaktować z zamieszkującymi okoliczne lasy dziwnymi istotami. Tajemnica skrywa tutaj kolejną tajemnicę, przeszłość ma kluczowy wpływ na teraźniejszość, a całość komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do Harrow przyjeżdża wychowana w mieście dziewczyna – podobna do Emmy jak dwie krople wody i podająca się za jej siostrę.

To całkiem zgrabna historia o dorastaniu, gdzie główne skrzypce gra tworzona przez scenarzystę mitologia – całość przypomina młodzieżowy film z lat 80. w stylu „Stan przy mnie” w reżyserii Guillermo del Toro. Dialogi nie są tu szczególnie urzekające, a akcja czasami zbyt szybko zostaje rozwiązywana, jednak kolejne tajemnice podawane są w dobrym tempie i ciężko oderwać się od lektury. W czym pomagają ciekawe postacie, najbardziej te z „demonicznej” części Harrow, dopieszczone w najmniejszych szczegółach przez rysownika – szczególne wrażenie robi najlepszy przyjaciel bohaterki: mówiąca skóra zerwana z młodego chłopaka.

A to tylko jeden ze sposobów zabawy tym światem, próba jak największego go udziwniania – jednak w sensownych granicach, żeby wszystko pasowało do konsekwentnie budowanego klimatu, gdzie zło sączy się w życie małomiasteczkowej społeczności, a nie wbija się w nie z buta. Zresztą dla samej strony wizualnej serwowanej przez Tylera Crooka warto zaopatrzyć się w wydane do tej pory albumy: projekty nadnaturalnych postaci są znakomite, przerażające, nieszablonowe, a mimika ludzi znakomicie współgra z sytuacją, w jakiej się znaleźli. Kluczowe jest tutaj użycie odpowiednich pastelowych barw, gdy zimna zieleń wpada na kolejnej stronie w krwistą czerwień, czy żółć zmieszaną z brązem – konstruując nie tylko senny klimat samego Harrow, ale również utrzymując dynamikę narracji. Oprawa graficzna jest po prostu kapitalna i tym bardziej cieszy fakt, że każdy z albumów uzupełniony został naprawdę sporym wycinkiem ze szkicownika Crooka, dopełnionym jego notatkami.

Hrabstwo Harrow nie jest kamieniem milowym w historii komiksowego horroru, ale łącząc interesującą fabułę, ciąg tajemnic i znakomite rysunki, twórcy wydają na świat naprawdę solidne czytadło, przypominające trochę na poły baśniową wersję serialu „Stranger Things” – a to chyba całkiem niezła rekomendacja.
Radosław Pisula

BATMAN: DETECTIVE COMICS – TOM 7: ANARKY
Scenariusz: Brian Buccellato, Francis Manapul, Benjamin Percy
Rysunki: Francis Manapul, John Paul Leon
Wydawnictwo: Egmont Polska

Kolejny tom „Detective Comics”, za który odpowiedzialni są (w większości) Francis Manapul i Brian Buccellato, którzy przyzwyczaili nas już do produkowania niezłych historii o Flashu i przynieśli nam przeurocze strony poświęcone Bullockowi w poprzednim tomie. I tym razem też na stronach komiksu znajdziemy Bullocka niechętnie współpracującego z Batmanem. Interakcje ten dwójki stanowią najmocniejszy punkt całego albumu i nieraz wywołają uśmiech na twarzy czytającego. Nie wszystko w tym tomie jednak jest równie dobre. Problemem Manapula i Buccellato jest to, że tworzą historie poprawne, dobre, acz łatwo wypadające z głowy. Anarky, główny villain tomu, nie wpisze się na stałe na listę najlepszych złoczyńców Gotham, ale z zainteresowaniem będziesz podążał za Batmanem (i przede wszystkim Bullockiem) odkrywając kolejne elementy układanki. Taki już „czar” tego duetu, który jednak sprawia, że wolę czytać ich wersję Batmana, niż Snyderową w świecie New 52. Nawet, jeżeli nie dostanę największych nazwisk półświatka przestępczego, to zawsze w ich tomach znajdę coś świeżego – coś, co sprawi mi radość podczas lektury. Nie wrócę jednak szybko do Anarky’ego, gdyż mając niezwykle nośny temat anarchia vs. państwo policyjne autorzy nie potrafi absolutnie nic ciekawego przekazać, koncentrując się na personalnych vendettach i jednostkowych dramatach. Szkoda, ale Batman z New 52 przyzwyczaił mnie do maksymalnie poprawności, więc w sumie nie powinienem się dziwić. W pamięci nie zostanie ci pewnie też praktycznie nic z pierwszej historii o ekoterroryście i zabójczym wirusie autorstwa Benjamina Percy’ego, choć sama lektura będzie całkiem przyjemnym doznaniem.
Julian Jeliński

0 komentarze: