Dlaczego Iron Fist jest lepszym serialem, niż Wam się wydaje

22:17 Radosław Pisula 1 Comments


Michał Wolski podejmuje się dosyć karkołomnego zadania i bierze w obronę zjedzony przez krytykę oraz widzów serial Netfliksa. Czy przygody kung fu milionera posiadają jakieś zaskakujące atuty?


Na początek podsumujmy fakty. Iron Fist był piątą – po serialach Daredevil (dwa sezony), Jessica Jones i Luke Cage – produkcją Marvela i Netflixa prezentującą bohatera przed mającymi premierę chwilę temu Defenders. Jest zarazem serialem najgorzej ocenianym; 18% na Rotten Tomatoes i 37% na Metacritic przy takim np. Luke'u Cage'u (odpowiednio 96 i 79%) pokazuje jednak znaczne rozczarowanie serią. Czy jednak serial faktycznie rozczarowuje? Te same portale wskazują, że Iron Fist otrzymuje od użytkowników 78% (Rotten Tomatoes) i 6,1% (Metacritic). Dziwne, prawda? Szczególnie ten pierwszy serwis wskazuje ponad czterokrotną rozbieżność między opiniami krytyki i widzów. Jasne, że te dane trzeba brać w nawias (choćby ze względu na różne metody odczytywania pozytywności recenzji, różne gusta itp.), ale tendencja jest wyraźna i nie da się jej zaprzeczyć. Co się więc stało, że Iron Fist, podobając się wielu ludziom, w zasadzie nie spodobał się nikomu?

DO CZEGO (NIE) PASUJE IRON FIST

Żeby móc odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sprawdzić, jak Marvel z Netflixem podeszli do Iron Fista. A mieli oni z tym serialem nie lada problem. Wszystkie produkcje serialowe od Daredevila począwszy musiały spełniać wymogi trójkąta uniwers-alnego (odsyłam do świetnej książki Tomka Żaglewskiego, który znakomicie ukazuje działanie tej zasady w kinie superbohaterskim), czyli w dużym skrócie: być wyjątkową mieszanką różnych konwencji, odnosić się do szerszego uniwersum oraz budzić jasne skojarzenia z materiałem wyjściowym. Z tym drugim warunkiem nigdy nie było kłopotu, ten trzeci zaś najsilniej realizują pierwsze sezony Daredevila i Jessiki Jones, będąc bardzo wiernymi adaptacjami kultowych komiksów Franka Millera i Briana Bendisa. W momencie, gdy materiał wyjściowy nie wystarcza, można – jak Luke Cage – spróbować przenieść ciężar serialu na różnorodność gatunkową, na której z powodzeniem da się zbudować udaną tożsamość danej produkcji. Co więcej – można tę tożsamość odpowiednio ugrać marketingowo. Po obejrzeniu trailera czy zobaczeniu tagline'u serii nikt nie powinien mieć wątpliwości, do kogo jest ona adresowana i jakie problemy może poruszyć. A jak był reklamowany Iron Fist?

JAK SIĘ (NIE) PROMOWAĆ?

W pierwszym teaserze Defenders z San Diego Comic Con w 2016 roku obok dość jasnej i klarownej ikonografii znanej z dotychczasowych seriali Netflixa oraz zapowiedzi Luke'a Cage'a pojawia się jedynie nabazgrane na kartce pytanie: „Who is Danny Rand?”. Przeciętny widz tego nie wie, a sytuacji nie poprawia pokazany na tym samym Comic Conie teaser samego Iron Fista, który w zasadzie do niczego się nie odnosi ani o niczym nie informuje. Na zwiastun, który mógłby nam cokolwiek powiedzieć, musieliśmy czekać do lutego 2017, a i wtedy nie do końca było wiadomo, jakie konteksty ma ten serial uruchamiać. Nie pomógł też tagline „The Last Defender Arrives”, który mówił w zasadzie tylko tyle, że Iron Fista wypada odhaczyć przed seansem z Defenders, ale niewiele więcej. Nasuwa się diagnoza mówiąca, że tak samo myśleli i twórcy serialu, robiąc z niego jedynie prolog do czekającej nas za chwilę serialowej superprodukcji. Czy jednak tak było naprawdę?
Warto wejść trochę głębiej w problem z pomysłem na Iron Fista jako postać serialową. Jego origin story, modus operandi, sposób walki i parę innych elementów występujących w komiksach przywodzą na myśl najbardziej klasyczne podejście do schematu superhero, a skojarzenia z Batmanem nasuwają się same. Także, jak wydawać by się mogło, poważny atut postaci – czyli jego biegłość w sztukach walki – mogłaby być samograjem, wystarczyło napchać serial nawiązaniami do kina wschodnich sztuk walki, tak jak Luke Cage był naładowany nawiązaniami do blaxploitation. Problem polega na tym, że kino sztuk walki to nie blaxploitation, jego znaczenie społeczne i historyczne było znacznie uboższe, nie mówiąc już o odorze (a w zasadzie odium) tropu white savior, które do dzisiaj drażni nozdrza niektórym krytykom. Do tego dochodzi kwestia wyjątkowości poszczególnych członków Defenders, manifestująca się m.in. w sposobie walki. Nawet jeśli uczynić z Iron Fista serial kung-fu, to dla niewprawnego oka sposób walki głównego bohatera nie różniłby się niczym od metod Daredevila. To postawiło twórców serialu w dość niewygodnej pozycji: mogli zrobić serial wtórny, czytelny głównie dla fanów kina sztuk walki, a do tego średnio bezpieczny poprawnościowo, albo zaryzykować.

RYZYKO SIĘ (NIE) OPŁACA

Showrunnerem Iron Fista był Scott Buck, człowiek odpowiedzialny zarówno za zachwyty nad Sześć stóp pod ziemią, jak i jęki rozczarowania nad ostatnimi sezonami Dextera. Postać sama z siebie bardzo ryzykowna, która – jeśli wierzyć doniesieniom z Marvela – przekonała telewizyjny oddział Domu Pomysłów, że potrafi uczynić z Randa postać złożoną i niejednoznaczną. Przyznam, iż nie wiem, co się zadziało, że – chyba z rozpędu – Buck dostał jeszcze kontrolę nad Inhumans (wszystko wskazuje na to, że trochę przypadkiem), ale zostawmy to.

Obok Bucka drugą kontrowersją był odtwórca głównej roli, czyli Finn Jones. Znany dotąd przede wszystkim z grania tyłów w Grze o tron chłopak na pierwszy rzut oka nie kojarzy się ze wschodnimi sztukami walki, a fryzura i styl nawet fanów komiksu trochę zbiły z pantałyku. Najgorsze było jednak to, że Finn na głosy rozczarowania w internecie reagował mocno obcesowo, wręcz agresywnie, zupełnie jakby zrósł się mentalnie z graną przez siebie postacią. Co oczywiście w niczym nikomu nie pomogło – ani serialowi w promocji, ani widzom w zrozumieniu, o co tu chodzi.

CZEGO (NIE) OCZEKIWAĆ PO IRON FIŚCIE?

OK, wiemy zatem, że serial w zasadzie już na starcie nie spełniał żadnych oczekiwań. Tym, którzy znali komiksowy materiał wyjściowy, pozostawił właściwie głównie easter eggi (których było całkiem sporo, o czym za chwilę), tym zaś, którzy znali Iron Fista głównie z jego hasła na Wikipedii, oferował przede wszystkim rozczarowanie. Pozostali w zasadzie nie wiedzieli, czego mają oczekiwać, poza tym że w miarę zadowalającego poziomu, jakim cieszyły się dotychczasowe seriale koprodukowane przez Marvela i Netflix.

I tu pojawia się pierwszy problem. Recenzentami serialowego Iron Fista byli przede wszystkim ci pierwsi i drudzy. Dodatkowo Netflix trochę strzelił sobie w stopę, udostępniając wybranym krytykom pierwsze sześć odcinków, więc negatywne opinie wylały się na serial jeszcze przed właściwą premierą. Czemu w zasadzie trudno się dziwić, w Iron Fiście nie było wszak niczego, co można by było zdekodować jako a) wierne komiksom, b) fajną grę konwencjami gatunkowymi. Pozostawało jedynie c) powiązanie z Defenders, ale dla wielu marna to była pociecha. No dobra, to wiemy już czego w zasadzie w serialu nie ma, zobaczmy zatem, co w nim jest. A jest w nim to, co przekonało – jak się zdaje – tych wszystkich, którzy niczego nie oczekiwali: czyli wszystkich, którzy obniżyli swój próg satysfakcji po negatywnych recenzjach albo od początku podeszli do Iron Fista z w miarę otwartą głową. Teraz będzie głównie o tym, co ja w tym serialu znalazłem i co pozwoliło mi się nim nieźle bawić; bo jestem zdania, że mimo swoich wad produkcja ta jest całkiem przyzwoita.

Ostrzegam, że będą spoilery.

KIM (NIE) JEST DANNY RAND?

Pierwsza rzecz, która może się nie zgadzać, to to, że wbrew tytułowi (i temu, co w serialu wielokrotnie powtarza sam Danny Rand) Iron Fist nie jest historią o jednym bohaterze. To raczej opowieść o grupie ludzi, którzy muszą sobie poradzić z niecodzienną sytuacją nagłego powrotu jednego z nich. Oraz ze szpiegostwem przemysłowym, czarnym PR-em, złym kultem ninja, wyścigiem szczurów, sektami itp. Ale po kolei.

Bardziej więc niż na samym Dannym serial skupia się na wszystkich ważniejszych bohaterach i jest w tym przewrotny zamysł. Dotąd Netfliksowe seriale Marvela nawet jeśli miały dużą obsadę, to jednak w centrum akcji zawsze stał ten jeden konkretny osobnik, wokół którego wszystko się kręciło. Tutaj Danny jest bardziej katalizatorem niż osią akcji, robi różne rzeczy równie często, jak i nie robi, bo pozostałe postacie są w danym momencie bardziej istotne. To spory sygnał narracyjny mówiący, że Rand wcale nie jest w centrum świata; wszyscy wokół zresztą mu to powtarzają od pierwszego odcinka.

Oto bowiem Danny jest bohaterem, jakiego nie chcemy oglądać: co miał osiągnąć to osiągnął, wierzy w swoją wyjątkowość i wypowiada słowa, których nie rozumie. Tak naprawdę kumulują się w nim dwie strategie. Pierwszą z nich jest swoiste zawrócenie ze znanej i kochanej drogi bohatera według Josepha Campbella. Poznajemy Danny'ego, kiedy realizuje jej ostatni etap – powrót do domu – i kiedy się okazuje, że jego wielkie heroiczne osiągnięcia, walka ze smokiem, trening kung-fu itp. nikogo nie obchodzą. Później wychodzi na jaw druga jego tendencja, a więc skrajne zapatrzenie w siebie i fascynację swoimi niebywałymi osiągnięciami. W rzeczywistości serial dokładnie i brutalnie pokazuje nam, czym była wielka droga bohatera Danny'ego – przez 15 lat bito go po głowie i wmawiano, że jak pokona smoka, to będzie wielki. A gdy go już pokonuje, to jego wielkość sprowadza się do stania przy wejściu do K'un L'un. Honor czy nie, całą droga bohatera tylko po to, żeby być odźwiernym.

W tym kontekście zachowanie Danny'ego nie zaskakuje. Nie zaskakuje też, że przez 15 lat obrywania po głowie nie miał czasu dojrzeć emocjonalnie. W efekcie dostajemy protagonistę (?), który nie zna współczesnego internetu, jest straszliwie naiwny i zagubiony, bo nie rozumie, że świat się zmienił od czasów jego dzieciństwa i że nikt nie wierzy w mistyczne miasta i magiczne smoki. Widz też nie wierzy, bo w zasadzie K'un L'un widział tylko z daleka, a smoka praktycznie w ogóle. Czy zatem naiwność i wiara Danny'ego nas – widzów – wzrusza? Nie, uważamy wręcz, że jest żałosna. Czy to źle? Zaryzykuję stwierdzenie, że przeciwnie – tak miało być.

JAK SIĘ (NIE) POGUBIĆ, JAK BOHATEROWIE SERIALU?

Zagubienie jest zresztą cechą wszystkich młodszych bohaterów serialu. Zagubienie i frustracje. Colleen Wing po śmierci dziadka nie może znaleźć swojego miejsca w świecie i wpada w sidła sekty Bakuto. Ward Meachum uzależniony od krytycznego rodzica ucieka w przepracowanie i ostatecznie w amfetaminę. Joy Meachum usiłuje szufladkować wszystko wokół siebie, żeby tworzyć iluzję kontroli nad swoim życiem; w rzeczywistości jest cyniczna i zbyt skoncentrowana na sobie, by zauważyć, że to jej ojciec kontroluje jej życie.

We wszystkich zasadniczo buzuje też źle rozładowywana i w gruncie rzeczy irracjonalna wściekłość. Danny potrafi wybuchnąć na Bogu ducha winnego dzieciaka w dojo, a swoje wszystkie ataki gniewu nieumiejętnie maskuje komunałami wziętymi z buddyzmu (których zresztą nie rozumie). W efekcie jest chyba najbardziej sfrustrowaną postacią w MCU – poważnie, nawet Hulk nie ma takich problemów. Colleen wyładowuje się w ulicznych walkach, których idea przeczy wszystkiemu, czego uczy w swoim dojo. Ward w ataku złości zabija swojego ojca na pewien czas (wiadomo, Marvel...), choć paradoksalnie to on przechodzi najdłuższą i najciekawszą przemianę w serialu, co już udowodniła Angie Han (link: http://mashable.com/2017/03/27/iron-fist-ward-meachum-appreciation-post/#LrOFviXe8sqG ).

Joy ucieka w swój prywatny świat, jest skupiona na iluzji, w której żyje. Na to wszystko przychodzi też zgrabna – bo subtelna – galeria łotrów. Madame Gao jest absolutnym przeciwieństwem Danny'ego i reszty; co z całą pewnością da się o niej powiedzieć, to że jest pewna siebie i spokojna. Bakuto ma obsesję na punkcie kontroli swoich wyznawców. Ojciec Meachumów – Harold – również, choć i on po każdej swojej śmierci miewa coraz większe napady gniewu.

Generalnie złoczyńcy w Iron Fiście to osoby obsesyjnie skupione na kontroli i wyzysku młodszych od siebie, do czego dążą w różny sposób i różnymi metodami. Ogólnie jednak bezlitośnie wykorzystują to, że ich podopieczni/dzieci itp. chcą czynić dobrze. Do tego jeszcze wrócę za chwilę.

CZY (NIE) WARTO GRZEBAĆ W ŚMIECIACH BOHATERÓW?

Co jest istotne, to fakt, że serial ten osiąga absolutną perfekcję w subtelnych i pośrednich sugestiach charakteru i osobowości bohaterów za pomocą elementów ich otoczenia. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Danny jest buddyjskim mnichem kung-fu czy nie, to serial otwiera scena, w której idzie on, słuchając So Fresh, So Clean Outkastu – utworu było nie było hip-hopowego z 2001 roku (później w parku słucha jeszcze Krystal Karrington Camp Lo). Trudno w bardziej dobitny sposób powiedzieć nie tylko, że Danny nie jest Quai-Chang Caine'em, ale też że zatrzymał się mentalnie na początku lat 2000. Krystal Karrington zaś to ukryty foreshadowing fabuły jak z Dynastii. Do tego obie piosenki ironicznie podkreślają brudne łachy i brak pieniędzy. Oczywiście najważniejszą piosenką definiującą bohatera jest „Danny Boy”, nucone złośliwie przez Harolda Meachuma i pochodzące z Tubthumping (I Get Knocked Down) zespołu Chumbawamba z 1997 roku. Wokaliza o Dannym odnosi się do ogólnej mazgajowatości i szczeniakowatości bohatera (i dlatego Rand tego kawałka nie lubi), ale też refren mówi o gościu, który mimo upadków uparcie wstaje i gna przed siebie. Możecie zadać pytanie, czy to w ogóle istotne. Przypomnijcie sobie, jak muzyka Petera Quilla w Strażnikach galaktyki definiuje go jako postać oraz – nomen omen – więźnia własnej nostalgii. Albo jak ubrania Tony'ego Starka z zespołami rockowymi odzwierciedlają jego charakter. Marvel od zawsze charakteryzował swoje postacie również przez preferencje odnośnie muzyki, filmów i książek, i w serialach Netfliksa to także działa. Punkt ciężkości przesunął się tylko trochę bardziej w stronę tzw. kultury „wysokiej”.

Colleen i Ward wpadają w dość typowe konstrukcje postaciowe, toteż im wiele dookreślenia w tle nie potrzeba. Szkoła Wing nazywa się Chikara Dojo, gdzie słowo to oznacza po japońsku 'siłę' oraz 'kontrolę' i przewija się w amerykańskiej popkulturze. Warda niewiele dookreśla, chyba że wejdziemy na chwilę w jego świat i wpiszemy jego nazwisko w Google. Wtedy wyskoczy nam... jego profil na Linkedin:

Jednak najwięcej uwagi warto poświęcić otoczeniu Joy i Harolda. Oboje zdradzają zainteresowanie malarstwem abstrakcyjnym – wskazują na to obrazy w domu Joy oraz album Chagalla u Harloda (to że seriale Netfliksa i Marvela dużo uwagi poświęcają charakteryzacji bohaterów poprzez sztukę, jest jasne już od trzeciego odcinka Daredevila). Joy ma na półce zresztą kilka rzeczy, które dokładnie pokazują, jaką jest osobą. Przede wszystkim stoi tam jej doktorat z prawa, który – jeśli dobrze liczę – zdobyła w wieku 25 lat. Poza tym liczne książki o architekturze i malarstwie: Le Corbusier, Le Grand (biografia modernistycznego architekta), Peter Land: Absolute Perfection (album duńskiego performera-egzystencjalisty), Unbuilt Masterworks of the 21st Century, album prac Petera Regli oraz The Gay 90s Marka Rydena. Co łączy te książki, to albo modernistyczno-nowatorskie zainteresowanie sztuką (które dzieli z Haroldem) albo daty pierwszych wydań lub tematyka, oscylująca wokół końca lat 90. i później. Jednak najwięcej o Joy mówi książka, którą czyta w szpitalu po postrzeleniu jej przez Bakuto. To The Warmest December Berenic McFadden – wydana w 2001 roku rzecz o młodej kobiecie, która uczy się żyć z dala od cienia jej ojca-alkoholika. Jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, w jakim stanie jest Joy po sytuacji z ojcem, to ten tytuł powinien je rozwiać. 

Wreszcie last, but not least – Harold Meachum. Cwany, nieco psychopatyczny, robiący wszystko z (toksycznej) miłości do swoich dzieci, uwikłany w pozornie beznadziejną sytuację z Madame Gao. Penthouse, w którym jest uwięziony, to stylowe miejsce, pełne albumów i obrazów. Najbardziej widoczny jest ten przedstawiający chropowatą, jednokolorową powierzchnię, przypominający inny obraz – Królik w śnieżycy ze wspomnianego odcinka Daredevila. W tym serialu malowidło służyło podkreśleniu zawiłości charakterologicznych Wilsona Fiska, tu zaś wydaje się przede wszystkim aluzją do analogicznych problemów z moralnością.

Jednak najciekawsze są dwa inne obrazy Meachuma, które odstają od jego zainteresowania sztuką abstrakcyjną. Jedna z wersji Diany i Kallisto Tycjana odwołuje się do mitu o nimfie uwiedzionej przez Jowisza, która została wygnana z orszaku Diany za to, że była ciężarna. Można to odczytać jako alegorię „wygnania” Harolda i jego rzekomego poświęcenia się dla swoich dzieci (bo tak on widział swoją sytuację). A jak się wejdzie w mitologię głębiej i przypomni, że Kallisto została ostatecznie gwiazdozbiorem Wielkiej Niedźwiedzicy, to przestaje dziwić, że Harold cały czas uważał, że jest „drogowskazem” dla Joy i Warda. Wreszcie wiszący w hallu obraz Rembrandta Burza na Jeziorze Galilejskim sam w sobie nie jest szczególnie ciekawy, ważne jest w nim jednak to, że... w rzeczywistości został skradziony i nigdy nie odnaleziony. Albo więc Harold maczał palce w kradzieży, albo fascynowała go ona na tyle, że zamówił reprodukcję. W obu przypadkach odzwierciedla to jego inklinacje w kierunku zbrodni (tak jak leżący gdzieś na stoliku album Chagalla sugeruje zamiłowanie w okrucieństwie). 


KIM (NIE) JEST DOCELOWY WIDZ IRON FISTA?

Te wszystkie elementy mogą oczywiście być przypadkowe albo wynikać z czyjejś fantazji na planie, ale raczej trudno mi w to uwierzyć. Można zatem zapytać, jak to się stało, że tak drobiazgowe przygotowanie charakterystyk bohaterów i ich otoczenia doprowadziło do stworzenia w gruncie rzeczy galerii postaci sfrustrowanych, jakoś tam antypatycznych i nieradzących sobie ze sobą? Moja teza jest taka, że tak drobiazgowe przygotowanie wyklucza pokpienie sprawy na innych polach. Mówiąc po ludzku: tak miało być.


Oto bowiem dostajemy serial o ludziach, którzy są ofiarami własnych przekonań o konieczności sukcesu, są roszczeniowi, nie radzą sobie z emocjami i łatwo dają się kontrolować starszym od siebie. To Harold, Bakuto i Gao prowadzą ze sobą mniej lub bardziej ukryty konflikt, a młodsi bohaterowie są w niego wmanipulowani i de facto zmuszani do udziału w nie swoich walkach. Sam Danny jest tego najlepszym przykładem; Hand to zła organizacja i wszyscy cieszymy się, gdy ją bije, ale nie zmienia to faktu, że jego motywacja... nie jest jego, została mu wpojona przez 15 lat bicia po głowie.


Dostajemy serial o przedstawicielach pokolenia Y albo millenialsów, na co wskazuje masa tropów symbolicznie wiążąca ich z rokiem 2000 i okolicami: muzyka Danny'ego, książki Joy itp. Wszelkie analizy pokolenia Y, nawet te przychylne millenialsom, wskazują przywiązanie do czasów młodości, zagubienie w świecie stworzonym przez wcześniejsze pokolenia, a jednocześnie przekonanych o własnej wyjątkowości i niepanujących nad swoimi emocjami. Więcej poczytać można tutaj: 


https://hbr.org/2012/09/solving-gen-ys-passion-problem, https://www.psychologytoday.com/blog/wired-success/201304/is-gen-y-becoming-the-new-lost-generation, http://www.nytimes.com/2013/12/22/fashion/Millenials-Millennials-Generation-Y.html
a szczególnie tutaj: https://waitbutwhy.com/2013/09/why-generation-y-yuppies-are-unhappy.html

Serial traktujący pokolenie Y dość krytycznie, mimo tego, że upatrujący źródła jego problemów poza nim samym.

Dostajemy serial o ludziach, którzy chcą dobrze, ale mogą osiągnąć sukces tylko wtedy, gdy wezmą na siebie winę za swoje potknięcia i przestaną myśleć, że są wyjątkowi. Danny przez cały sezon odmawia odrzucenia swojej osobowości/wyjątkowości, przez co paradoksalnie nie może przywołać mocy Iron Fista i być naprawdę wyjątkowym. Colleen musi brutalnie przekonać się o obłudzie Bakuto, by wydostać się spod jego wpływów. Joy tak naprawdę nie radzi sobie z pęknięciem bańki wokół siebie i zaczyna obwiniać innych. Za to po Wardzie widać tę przemianę najdobitniej, bo po zabiciu ojca, załamaniu nerwowym i przedawkowaniu narkotyków dociera do niego to, co wyjawia w finale sezonu: że jego ojciec był tak naprawdę dla niego wygodną wymówką dla maskowania jego własnych błędów. 

Nawiasem mówiąc, jednym z lepszych świadectw podkreślających toksyczny charakter relacji Warda i Harolda jest nazwisko, pod jakim starszy Meachum widnieje w książce adresowej syna:
Serial pokazuje więc, że jest dla bohaterów szansa na otrzymanie własnej tożsamości. Niestety dla serialu, pojawia się tylko jej zapowiedź w drugim sezonie. Niestety też relacje z komiksowym pierwowzorem opiera głównie na luźnych easter eggsach, z czego najwybitniejsze to oczywiście prezentacja innych nieśmiertelnych mistrzów kung-fu w turnieju zorganizowanym przez Gao oraz kapitalna walka z pijanym mistrzem; trudno jednak uciec od wrażenia, że są one tam tylko po to, aby cokolwiek z komiksów zaczerpnąć poza wyjściową fabułą. 


CZY IRON FIST CELOWO (NIE) DAŁ SIĘ POLUBIĆ?

Przy tak skrojonych bohaterach i ich perypetiach trudno być dzisiaj konsumentem popkultury i lubić ten serial. A przynajmniej lubić go w taki sposób, jak się lubi choćby Strażników galaktyki. Jest to bowiem produkcja ogromnie krytyczna wobec dzisiejszych młodych ludzi, ukazująca ich w mało korzystnym świetle, jako roszczeniowych i nieporadnych zarazem. Nic dziwnego, że najlepiej odbieranymi postaciami są Colleen Wing – która zdecydowanie jest najbardziej samodzielną bohaterką serialu – oraz Ward Meachum ze względu na najpełniej rozpisany character arc. Reszty raczej nie da się lubić.


Ale też wydaje mi się, że widz nie powinien ich lubić. Powinien poczuć dyskomfort nieco krzywego zwierciadła, jakie przed nim postawiono pod pretekstem komiksowej rozrywki. Wydaje mi się, że ambitnym celem Scotta Bucka (i czymś, co mógł sprzedać Marvelowi jako wyjątkową dekonstrukcję serialu superbohaterskiego) była diagnoza społeczna całego pokolenia Y. Czy trochę przestrzelił? Oj tak, i to bardzo. Porwał się na tematykę zbyt rozległą, by móc ją alegorycznie przedstawić na tylko czterech postaciach, które po drodze mają się jeszcze bić z ninja i dyskutować w radach nadzorczych. Podjął temat, do którego nikt nie ma dystansu – ani on, ani z pewnością jego widzowie, w większości przecież przedstawiciele pokolenia Y. Wreszcie w żaden sposób ani w serialu, ani w materiałach promocyjnych nie dał znać, jaka będzie prawdziwa tematyka Iron Fista


Sama dekonstrukcja tej tematyki dać może jednak niejaką frajdę i mimo wszystko prezentuje się ona całkiem spójnie – choć nie idealnie. Paradoksalnie gdyby wyciąć z Iron Fista wątki związane z Iron Fistem (i resztą Marvela), rzecz wypadłaby znacznie lepiej. Tylko obejrzałoby ją pewnie wielokrotnie mniej widzów. Dlatego zamiast lubić Iron Fista – bo w sumie niewiele jest tam do lubienia – proponuję spróbować go docenić. Za to, że próbował być czymś ambitnym. Za drobiazgowe przemyślenie postaci i ich otoczenia. Za mimo wszystko całkiem niezłe tempo. Za udane – choć głównie antypatyczne – kreacje aktorskie. Za scenę z pijanym mistrzem.



Michał Wolski


1 komentarz:

  1. Świetny tekst. W dużej mierze pokrywa się z moimi odczuciami na temat serialu.

    OdpowiedzUsuń