Transformers: Ostatni Rycerz - pisulorecenzja

12:03 Radosław Pisula 0 Comments

Można obejrzeć nowych Transformers. Można też upiłować sobie nogę. Obu form rozrywki nie polecam w zbliżonym stopniu.

To jest prawdziwa wirtuozeria kręcenia filmu o niczym. Po raz czwarty (jedynka nadal ma trochę uroku). Znowu w stylu typowym dla współczesnego Hollywood nad scenariuszem grzebało multum osób (siedem - a to tylko te wymienione w napisach, które kombinowały najmocniej) i widać to w każdej nieprzystającej do siebie zupełnie scenie. Ja od tych filmów Baya naprawdę nie wymagam już nic, ale byłoby naprawdę miło, gdyby chociaż udawały filmową narrację – miały jakąś strukturę, opowiadały jakąś historię. A tutaj jakikolwiek mizerny „fun” kończy się na kłamliwych zwiastunach: zły Optimus? W całym filmie w ogóle pojawia się na dosłownie dziesięć minut. Megatron? Ma jakieś pięć minut. Tajemna historia Transformerów na Ziemi? Parę minut wstępu i jedna kilkusekundowa scena w środku. Ta dziewczynka, która dostała jeden cały zwiastun dla siebie? Jest tłem (i dobrze, bo Mickey dał jej dekolt do pępka – czternastolatce). Postapokaliptyczna przyszłość? Jedna dzielnica w Stanach. W ogóle samych robotów jest tu tyle, co kot napłakał, a lwia część akcji to niemiłosierne przeciąganie przeskakiwania z miejsca na miejsce – tam, gdzie inny reżyser zrobi cięcie, Bay pokazuje sześć lat lotu amerykańskich samolotów/dronów/łodzi podwodnej. Albo Anthony Hopkins chodzi po łące i nie ma pojęcia, co tutaj robi. Chodzi też po ulicy. I siedzi a kanapie.

Ludzie oczywiście grają pierwsze skrzypce – Marky Mark z miną idioty reaguje na każdą nową wiadomość, pani profesor z Oksfordu Lara Baycroft, mająca na koncie honoris causa (oczywiście), jest mądra i odważna, bo jest mądra i odważna, a wojskowym przewodzi Josh Duhamel, który jako jedyny zgodził się powrócić do tego paździerza z pierwszych trzech części. Jeśli nawet Tyrese Gibson nie chce reklamować filmu swoją twarzą, to jest naprawdę tragicznie.

Szkoda jakichkolwiek słów na ten film, bo nawet Transformery nie mają tutaj sceny jakiejś konkretnej bitki. Przez 80% czasu gapimy się na kosmiczne barachło, które robi to, co najlepiej robią kosmiczne barachła.

Nic.


Dialogi to morderstwo na języku, fabuła przypomina fanfic pięciolatka, który wkurzył się na starszego brata i stara się jak najbardziej zgnoić jego ulubiony materiał źródłowy. I jest po prostu nudno, bo sceny akcji są potraktowane po macoszemu, krótkie, chaotyczne, powolne, powtarzające wszystko to, co już u Baya widzieliśmy – szczególnie razi ta jego boleśnie wykalkulowana pirotechnika, gdy palcem możemy wskazywać miejsca, gdzie zaraz coś eksploduje. Bawi lepiej niż czwórka, ale to taki poziom bolesnego zafascynowania widza niemożliwą fuszerką – jak w przypadku „The Room” – gdzie widać, że autorzy coś tam opowiedzieć chcieli, ale zwyczajnie nie potrafią tego zrobić, nawet jakby im ktoś matki trzymał na muszce.

Cała opowieść to festiwal przypadkowości i wrzucanych bez pomysłu dziwactw, bo może coś chwyci. Ale nie chwyta. Nie wiem jak to się stało, że film wyklucza z akcji Optimusa i Megatrona, daje innym Transformerom jedynie kilka minut czasu ekranowego, postacie ludzkie zostają pozbawione jakiegokolwiek charakteru, a to nadal trwa 2,5 godziny. I naprawdę, gdy Hopkins stwierdzał w wywiadach, że nie ma pojęcia, o co w tym filmie chodzi, to mówił to w imieniu widzów – totalny bajzel, niewart waszego czasu, niewart prądu, niewart jakiejkolwiek uwagi kogokolwiek. Jak nie lubię nawału rebootów, tak Transformers krzyczą o niego w bólu.

Dwa plusy:
Cogman – ninja-lokaj-socjopata, który dostaje dwie najbardziej kuriozalne sceny w historii tej serii, co dużo znaczy.
Bumblebee – pełen konkret, dużo robi i mało mówi, sprząta cały bajzel – jak go spuszczają ze smyczy, to trzeba typa trzymać w dziesięciu, bo jest szansa, że zamorduje wątki fabularne przygotowywane na pięć kolejnych filmów. I – tak, powiem to – nawet szkoda, że nie ma tutaj Szyji Wobbuffeta, bo ta seria była najlepsza (albo inaczej, dało się ją oglądać), gdy opowiadała po prostu o chłopcu i jego czaderskiej bryce, która potrafi obić pysk kosmicznego tyrana. Naprawdę, dwie sceny, gdy Bee załatwia tutaj sprawy, to jedyne momenty wzbudzające jakiekolwiek emocje.

I starczy, bo w tym wpisie jest więcej fabuły i wartkiej akcji niż w całym wybayonym filmie.


A teraz SPOILEROWO:
.
.
.
.
.
- sytuacja z Optimusem to taka scenariuszowa taniocha i robienie widzów w konia, że ręce opadają. Wpada na Cybertron, Gritty Reboot Arielka głaszcze go po pysku, mówiąc „jesteś teraz zły”. Optimus nagle stwierdza „o #$%#$%, jestem teraz zły”. I znika na PRAWIE CAŁY SEANS. Odwiedza film w finale, bo niby wypada, a tam Marky Mark głaszcze go po pysku, a Bee mówi „jesteś teraz dobry”. Optimus nagle stwierdza „o #$%#$%, jestem teraz dobry”. Spoko. Siema nara.
- Ekipa Megatrona złożona z zupełnie nierozpoznawalnych Decepticonów, które wyglądają jak raperski kolektyw z kreskówki z lat 90. Ginie po trzech minutach. Fascynuje mnie ta maniera Baya, żeby w każdym filmie mieć groteskowych „czarnoskórych” Transformerów.
- Bay nie ma zielonego pojęcia, co się kiedy dzieje z robotami. Tak jak widz. Mamy walkę w jakimś westernowym miasteczku i… nagle wszystkie roboty robią sobie przerwę i spieprzają do Anglii.
- ale jednak nie wszystkie, bo słyszymy, że Megatron leci za Markym Markiem, ale widocznie GPS mu nawalił (działa zapewne na Windows Phone) albo spodobała mu się jakaś wysepka po drodze, bo znika na PÓŁ FILMU, żeby później wrócić trochę z musu, jak Optimus. Zawsze na gotowe.
- wojsko lata tutaj siedem razy szybciej niż Optimus Prime na smoku. Wszystko leci szybciej niż Optimus Prime. Optimus jest tym kumplem, którego lubisz, chociaż zawsze się spóźnia.
- Nie wiem, o co chodzi z Dinobotami, bo to wygląda tak, jakby każdy fragment z nimi pisał ktoś inny, a Bay to wrzucał z miejsca do filmu. Nagle wszystkie są miniaturowe, oprócz Grimlocka, potem znowu duże, potem znowu małe…
- I najlepsze: masz super ważną walkę na łące, gdzie największe zniszczenie sieje Anthony Hopkins oraz jego laska i nie zabierasz na nią #$%#$%#$%#$ ROBO-TYRANOZAURA. Serio, Grimlock jest i nagle go nie ma.
- Hot Rod. Ten narwany dzieciak, który oryginalnie przechodził długą drogę do roli lidera Autobotów, tutaj został zamieniony w Omara Sy’a, z którego tylko beka, bo zabawnie mówi z francuskim akcentem. I nazywa się nadal Hot Rod.
- Autoboty: John Goodman jest spoko, bo to John Goodman, ale prawie go nie ma. Drift robi tylko jedną rzecz – chowa miecz na plecy. Serio – on go tylko wyjmuje, wbija w ziemię i chowa ze stylem. Jakieś sześć razy. ZielonyBot jest. Chyba.
- Bumblebee spuszcza tutaj wpier$%^ każdemu, kto mu najdzie pod rękę – grzmoci wojsko, Decepticony, wytłukł zło z Optimusa, zakończył ten cyrk strzelając Gritty Reboot Arielce prosto w zęby. Sporo jak na pięć minut czasu ekranowego. Jedyny dobry element i sekundowa emocjonująca scena (jak mówi Optimusowi, że są starymi ziomami – najtańszy zabieg z siłą przyjaźni pokonującą zło, ale pasuje do postaci).
- Bay chciał zrobić swojego BB-8. Ależ mu to eksploduje w twarz.
- ten film ma najnudniejszą podróż łodzią podwodną w historii kina. Trwa trzynaście lat i wlecze się tak bardzo, że w pewnym momencie Cogman wystrzeliwuje się w głębiny z luku torpedowego, wraca z dwiema wielkimi rybami i robi bohaterom kolację. Gdy goni ich wojsko. A losy świata wiszą na włosku.
- Cybertron jeszcze nigdy nie wyglądał tak źle.
- Steve Buscemi został Transformerem. W sumie spoko.
- Unicron XD ROTFLCOPTER
- Ktoś mógł powiedzieć Jazzowi, że Autoboty mogą się składać do kupy…
- Tucci i Turturro nie dali tutaj żadnego fucka. Ja też.


0 komentarze: