Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #8

21:27 Radosław Pisula 0 Comments

Tym razem na nasz komiksowy parkiet wbiega Flash z armią goryli, Wygadany Najemnik, zgraja bohaterów Marvela tłukąca się po pyskach, oczywiście Batman, zabójcza Velvet i zgraja mutantów.


FLASH TOM 3 – INWAZJA GORYLI
Scenariusz: Brian Buccellato, Francis Manapul 
Rysunki: Francis Manapul, Marcio Takara, Marcus To, Ryan Winn 
Wydawnictwo: Egmont Polska

Nie ukrywam, nie byłem fanem poprzednich tomów. Narzekałem na ilość ekspozycji i kreślenia historii Flasha jak najszybciej, niepotrzebnie przepychając dymki monologami i śpiesząc się z kolejnymi bohaterami oraz przeciwnikami. Jak na ironię to tym wadom poprzednich tomów mogę podziękować za lepszą jakość „Inwazji goryli”. Większość ekspozycji za nami, a postaci znamy, więc możemy wreszcie skupić się na akcji, dialogach i opowiadaniu historii. Ten brak „zanieczyszczeń” skutkuje znacznie lepszą dynamiką komiksu. Czyta się go łatwiej niż dwa poprzednie tomy, a scenarzyści zdają się być bardziej skoncentrowani na przedstawieniu nam swojej wizji. Tytułowa „Inwazja goryli”, która zajmuje większość albumu, jest opowiedziana sprawnie (choć wciąż irytuje mnie motyw pożerających mózgi goryli), a zachowania Barry’ego Allena są (wreszcie) przekonujące i zrozumiałe. Moim zdaniem twórcy Flasha „rozpędzają się” (pardon my bad pun), choć wciąż nie serwują nam czegoś wyjątkowego, czy zapadającego głęboko w pamięci. Może z wyjątkiem niektórych kadrów i plansz – zwróćcie szczególnie uwagę na strony 12-20 z numeru 15 („The Siege of Central City”), które układają się w jeden znakomity obraz (zresztą Manapulowi udaje się oddać ruch i prędkość Flasha nie tylko na tej planszy). Tę perełkę z chęcią powiesiłbym na ścianie i muszę przyznać, że rysownik w genialny sposób potrafi wizualnie przedstawić różne, równolegle istniejące, potencjalne wizje przyszłości. „Inwazja goryli” przypomina mi wakacyjnego blockbustera – dostajemy szybka akcję, sympatyczne postaci i świetne efekty specjalne. Jest dobrze, nawet bardzo dobrze, ale nie powinniśmy zapominać, że to wciąż tylko blockbuster.
Julian Jeliński

DEADPOOL CLASSIC – TOM 1 
Scenariusz: Fabian Nicieza, Mark Waid, Joe Kelly 
Rysunki: Joe Madureira, Rob Liefeld, Ed McGuinness, Ian Churchill, Lee Weeks, Ken Lashley
Wydawnictwo: Egmont Polska

Deadpoola zna chyba każdy. Świadczą o tym wyniki finansowe filmu z Ryanem Reynoldsem i trzy miejsca w rocznym podsumowaniu pięciu najlepiej sprzedających się komiksów w sklepie Gildia.pl. Nic więc dziwnego, że Egmont postanowił rozszerzyć swój repertuar o bardziej klasyczne spojrzenie na uwielbianego przez świat najemnika. I tu zaczynają się schody, a na nich siedzą łzy i rozczarowanie. Początki Deadpoola, które pokazuje nam album "Classic", nie mają wiele wspólnego z bohaterem znanym nam dzisiaj. W skład tego tomu wchodzą cztery opowieści: rysowany przez Roba Liefelda zeszyt "New Mutants” w którym Wade Wilson zaliczył swój debiut, dwie mini-serie przedstawiające bliżej bohatera oraz pierwszy zeszyt jego pierwszej solowej serii regularnej). Ostatecznie wychodzi z tego zbiorek skierowany wyłącznie do zagorzałych fanów, którzy są ciekawi komiksowej genezy Deadpoola. Przez "genezę" nie mam tu jednak na myśli historii o tym, jak Wade dostaje moce i szyje sobie kostium, a przekrojowe spojrzenie na to, jak postać zmieniała się wraz z kolejnymi scenarzystami oraz seriami. I mimo, że pomiędzy pierwszą, a ostatnią stroną zmiana charakteru postaci jest jak najbardziej widoczna, to jednak przed tym Deadpoolem jeszcze daleka droga do wygadanego, śmiesznego i burzącego czwartą ścianę drania, którego zdążyliśmy już pokochać. Fani będą zadowoleni, ale zwykłego czytelnika kierowałbym raczej w stronę "Martwych prezydentów". Lub do późniejszych tomów serii "Classic".
Robert Sienicki

WOJNA DOMOWA 
Scenariusz: Mark Millar 
Rysunki: Steve McNiven 
Wydawnictwo: Egmont Polska

Uwielbiam komiksy superbohaterskie poruszające kwestie społeczne i tematy polityczne. W świecie popkultury jest to zawsze ryzykowne, więc tym bardziej ciekawe są wszelkie próby bardziej lub mniej subtelnego komentarza. Komentarz taki często znajdziemy w komiksach o przygodach Kapitana Ameryki. Nic dziwnego – Steve Rogers ma uosabiać „The American Way”, w dodatku jest człowiekiem spoza czasu, symbolem wolności oraz demokracji. I komentował amerykańską politykę zarówno w latach 70. XX wieku, gdy porzucał tarczę przeistaczając się chwilowo w Nomada (a komiks nawiązywał do wydarzeń związanych z Aferą Watergate) jak i obecnie (gdy scenarzysta Nick Spencera wkłada w usta Red Skulla praktycznie cytaty z Donalda Trumpa). W dodatku z racji tego, że z wykształcenia jestem filozofem politycznym, zderzenie idei wolności i bezpieczeństwa jest dla mnie intrygujące, kuszące i seksowne – jak dla niektórych kolejna sesja Kim Kardashian.

Nic dziwnego, że gdy pierwszy raz usłyszałem o fabule „Wojny domowej” (pewnie jakieś dziesięć lat temu), wiedziałem, że muszę mieć ten komiks i przeczytać WSZYSTKO, co jest z nim związane. Tak też zrobiłem (tak, czytałem wszystkie idiotyczne tie-iny – a nic w nich ciekawego nie było). I po dziś dzień uwielbiam kłócić się na temat tego, który z bohaterów „Wojny domowej” miał rację (m.in. z Radkiem, przez co potrafią cierpieć postronni, w tym pasażerowie środków transportu publicznego zmuszeni wysłuchiwać naszych tyrad) i jak powinniśmy urządzić społeczeństwo w którym istnieją istoty zdolne zmieść z powierzchni Ziemi całe miasto za pomocą jednego kichnięcia.

Komiks opowiada o podziale w świecie superbohaterów, który wywołał „akt rejestracji”, zgodnie z którym wszyscy amerykańscy superbohaterowie muszą się zarejestrować, by móc działać – inaczej staną się ściganymi przez prawo przestępcami (Batman zdecydowanie lubi to). Akt ten zostaje uchwalony po nieudanej akcji młodych bohaterów, która kończy się śmiercią kilkuset niewinnych ludzi (w tym głównie dzieci). Zarówno to wydarzenie jak i reakcja rządu Stanów Zjednoczonych dzieli społeczność superhero na tych, którzy są za rejestracją i tych, którzy nie chcą działać tylko zgodnie z rozporządzeniami rządu. Na czele pierwszej grupy staje Iron Man, a drugiej Kapitan Ameryka. Dochodzi do nieuniknionego starcia, które zmieni (na zawsze?) świat Marvela.

Za pomysł i scenariusz „Civil War” odpowiada Mark Millar, zaś za rysunki Steve McNiven. Millar postanowił zadać pytanie (a jednocześnie skomentować sytuację wewnętrzną Stanów Zjednoczonych po 11/9 i uchwaleniu Patriot Act) – co jesteśmy w stanie poświęcić, by być bezpieczni? A może nawet – jak wiele ze swojej wolności skłonni jesteśmy oddać, by to poczucie bezpieczeństwa zyskać? Pytanie stare jak świat, ale za sukcesem „Wojny domowej” stoi to, że Millar na nie nie odpowiada. Dostajemy argumenty każdej ze stron, wszystkie możliwe odcienie szarości i nawet po ostatniej stronie historii nie otrzymujemy łatwej odpowiedzi. Ten komiks zmusza Cię do myślenia i udaje mu się niezwykle sprawnie opowiedzieć o „naszych” problemach, ubierając je w szaty superhero. Historia jest znakomicie zilustrowana przez McNivena, którego realistyczny, brudny styl pasuje tu jak ulał i który potrafił stworzyć niezapomniane plansze (do których nawiązywali w tym roku bracia Russo w filmowej „Wojnie bohaterów”, luźno opartej na komiksie).

Mógłbym o „Civil War” pisać bez końca analizując wkład historii pobocznych (szczególnie warto sięgnąć po świetnego „Spider-Mana” Straczynskiego, niezwykle poważny „Front Line” oraz niezłą „Fantastyczną Czwórkę”). Możliwe, że przywiązanie do tego tomu czyni mnie nieobiektywnym i wychwalam dzieło Millara nie zauważając jego wad. A wady te ów tom ma (np. niezwykła umiejętność robienia przez Millara z wszystkich postaci zwykłych dupków), ale moim zdaniem nikną w zderzeniu z zaletami. Co mnie nie przestaje zaskakiwać to fakt, iż „Wojna domowa” znakomicie się (póki co) starzeje i pozostaje aktualna nawet dziesięć lat po swojej premierze.
Julian Jeliński

VELVET TOM 2: TAJNE ŻYCIE UMARLAKÓW 
Scenariusz: Ed Brubaker 
Rysunki: Steve Epting 
Wydawnictwo: Mucha Comics

Ed Brubaker dalej skrupulatnie tworzy laurkę dla filmów szpiegowskich z lat siedemdziesiątych, która jest przy tym znakomicie skrojonym komiksem. Velvet Templeton to świetnie skonstruowana postać – nie jest „Bondem w spódnicy” (dla jego odpowiednika jest tutaj miejsce, a cała sytuacja zostaje zaskakująco rozwiązana), ale pełnoprawną bohaterką. Ciężko oderwać się od jej przygód, gdy zaszczuta i niesłusznie oskarżona umyka po świecie przed brytyjskim wywiadem, próbując rozwiązać splataną przez wiele lat sieć geopolitycznych intryg – w drugim albumie postanawia odbić piłeczkę i bezceremonialnie dokopać się do korzeni całej sprawy. Brubaker – podobnie jak podczas swojej długoletniej przygody z solową serią Kapitana Ameryki – zachowuje równowagę pomiędzy fabularnym skomplikowaniem, niezbywalną powagą i rozładowującym napięcie minimalistycznym humorem, wydając ostatecznie na świat po prostu znakomity komiks, który nie pozwala przerwać lektury i kończy się w taki sposób, że na kolejny album czekam z zapartym tchem. Można brać w ciemno, bo oprócz intrygujących bohaterów i ciekawej fabuły dochodzą jeszcze rysunki Steve’a Eptinga, który na kolejnych kartkach – umiejętnie operując szczególnie wszechobecną czernią – przywołuje klimat klasycznych czarnych kryminałów.
Radosław Pisula

WIECZNY BATMAN – TOM 3 
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV, Tim Seeley, Kyle Higgins, Ray Fawkes 
Rysunki: Andrea Mutti, Fernando Blanco, Joseph A Quinones Jr. 
Wydawnictwo: Egmont Polska

Sam pomysł na historię zawartą w tych trzech opasłych tomach wydawał mi się na początku ciekawy. Zadajmy sobie pytanie, w jaki sposób Batman poradzi sobie z sytuacją, gdy aresztowany zostanie Jim Gordon, a pozbawiona go policja będzie nie tylko nastawiona wrogo do Mrocznego Rycerza, ale w dodatku na tyle skorumpowana, że udowodnienie niewinności Jima graniczyć będzie z cudem. Nie jest to może nowatorski pomysł, ale wystarczy na ciekawą intrygę, dobry kryminał i co najmniej na przyjemne czytadło. I tak zapowiadał się pierwszy tom tej historii. Niestety szybko stało się jasne, że celem Scotta Snydera i Jamesa Tyniona IV (pomysłodawców historii, ale nie scenarzystów wszystkich zeszytów) było połączenie „Husha” z „Długim Halloween”, a następnie przebicie kultowości obu tytułów poprzez wprowadzenie na scenę jeszcze większej ilości superzłoczyńców i niespodziewanych zwrotów akcji. Sens tworzenia takiej mikstury fabularnej wydaje mi się wątpliwy (ile razy trzeba powtarzać, że „więcej” nie znaczy „lepiej”?) i trzeci tom „Wiecznego Batmana” dobitnie tego dowiódł. Zawodzi w każdym istotnym elemencie – ze względu na upychanie niezliczonej ilości złoczyńców, połączone niekończącymi się okrzykami „what a twist!” bijącymi z kadrów, postaci (nawet te trzecioplanowe) zachowują się nielogicznie, zaprzeczając swoim motywacjom z poprzednich zeszytów tej samej serii (nie wspominając o sposobie przedstawiania ich w innych cyklach i wcześniejszych historiach), mówią i robią wszystko, co teoretycznie ma zwiększyć „zaskoczenie” czytelnika i popchnąć intrygę do przodu. W dodatku to dążenie, by zaskoczyć czytelnika za wszelką cenę prowadzi do ostatecznego „twistu”, który w żaden sposób nie był budowany wcześniej, praktycznie żadnego kadru na przestrzeni kilkudziesięciu komiksów nie poświęcono, by uzasadnić nagłe „rozwiązanie” sprawy. Oczywiście, będziesz zaskoczony kolejnym złoczyńcą wyskakującym zza krzaków (tak jak byłbyś zaskoczony, gdyby nagle komiks zaczął do Ciebie mówić po chińsku), ale przede wszystkim będziesz zmęczony sileniem się na „pomysłowość”. Stąd „Wieczny Batman” nie tylko nie przynosi czytelnikowi przyjemności, będąc chociaż poprawnym czytadłem, ale głównie irytuje (z każdym kolejnym zeszytem bardziej). Przeprawa przez wszystkie tomy jest wyzwaniem dla każdego i Snyder z Tynionem powinni za swoją arogancję przeprosić fanów. Albo wrócić do pisania małych historii, gdzie Batman mierzy się z jednym przeciwnikiem w ciągu jednego dnia. Jak przypomną sobie w jaki sposób buduje się napięcie bez sięgania po tanie chwyty – w postaci niekończącej się liczby zapasowych przeciwników, Batmana będącego Supermanem oraz nieuprawnionych twistów – to wtedy może im wybaczymy i uwierzymy, że potrafią coś lepszego napisać.
Julian Jeliński

WOLVERINE i X-MEN – TOM 4: STARZY KUMPLE, NOWI WROGOWIE 
Scenariusz: Jason Aaron 
Rysunki: Nick Bradshaw, Pepe Larraz 
Wydawnictwo: Egmont Polska

Aaron żegna się z najbardziej bezpretensjonalną serią z Now wydawaną w naszym kraju i robi to w naprawdę bardzo dobrym stylu. Czuć tutaj niestety to, że rodzimy czytelnik nie może w pełni cieszyć się przemyślanym rozwojem bohaterów i całym tym dorastaniem Logana do roli mentora, bo seria zaczęła być u nas wydawana od połowy oryginalnego cyklu. Jednak i bez tego przygoda z młodymi mutantami nadal jest znakomitym komediowym czytadłem, przyprószonym momentami jakimś poważniejszym motywem – od czasu Morrisona nikt tak bardzo nie skupił się przede wszystkim na szkole dla młodzieży z niezwykłymi mocami. Placówka żyje (chociaż rubaszny humor czasami wypada aż nazbyt kiczowato), bohaterowie znakomicie współpracują na płaszczyźnie charakterologicznej, a sam Logan – początkowo pasujący do roli dyrektora niczym pięść do nosa – zaczyna niespodziewanie czerpać przyjemność z prawdopodobnie najtrudniejszej misji swojego życia. W finalnym albumie scenarzysta prezentuje czytelnikom jeden z najlepszych numerów serii – poświęcony przebywającemu na kosmicznej wojnie z Thanosem Kubarkowi, który zaczyna rozumieć, jak ważna jest dla niego szkoła i że chyba najwyższy czas przewartościować trochę swoje życie – doprowadza do nieuniknionej konfrontacji z SHIELD (chociaż nie na typową, bombastyczną skalę), pochyla się nad złamanym sercem Toada i w końcu przenosi czytelników w przyszłość, gdzie zdziadziały Logan rozprawia się ze swoją nauczycielską karierą – co jest jednocześnie znakomitym podsumowaniem całego pomysłu wyjściowego marki X-Men. Niby to po prostu solidne superbohaterskie wygibasy, dające Aaronowi szansę odsapnięcia od poważniejszych inicjatyw, ale dopakowane zostały sporą ilością miłości do postaci i napisane niezwykle lekką ręką. Seria wystartowała u nas słabiutkim tomem z cyrkiem, ale naprawdę warto się przełamać i dać szansę temu uroczemu dziwactwu – czuć tu radochę z pisania trykotów, w przeciwieństwie do coraz bardziej wypalającego się przy bliźniaczych „All-New X-Men” Briana Michaela Bendisa.
Radosław Pisula

0 komentarze: