Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #7

22:06 Radosław Pisula 0 Comments

Tym razem zapraszamy na spotkanie z zuchwałą legendą bluesa, ostatnią podróżą Władcy Snów, kolejną wielką walką Batmana z Jokerem, armią mężnego Leonidasa, trawiącym Gotham super-narkotykiem i wieloma Spider-Manami naraz.




LOVE IN VAIN. ROBERT JOHNSON 1911-1938
Scenariusz: Jean-Michel Dupont
Rysunki: Mezzo
Wydawnictwo: Kultura Gniewu 

Tytułowy Robert Johnson to legenda bluesa, której życie owiane jest nadal gęstą mgłą tajemnicy – bezsprzecznie był geniuszem i to na jego muzyce, wyrywającej się z sideł bezpiecznej tematyki, wzorowali się tacy kontrkulturowi wirtuozi jak The Rolling Stones (zresztą ich wersję Love in Vain na pewno znacie), Bob Dylan, Eric Clapton, czy Jimi Hendrix. Johnson ze swadą rozprawiał o alkoholu, używkach, toksycznej miłości, szatanie i śmierci, a najbardziej znanym elementem jego kariery jest oczywiście domniemane podpisanie paktu z diabłem na rozstaju dróg – faustowski mariaż nadprzyrodzonej energii (tak mocno kojarzonej z bluesem i rockiem) oraz historii biednego chłopaka z Południa do dzisiaj fascynuje kolejne pokolenia muzyków (polecam film Na rozdrożu Waltera Hilla). Johnson nagrał zaledwie dwadzieścia dziewięć utworów i umarł w niejasnych do dziś okolicznościach – w wieku 27 lat, co jest niezwykle znamienne dla historii muzyki – ale jego legenda oraz buntowniczo nacechowane dzieła cały czas mają swoje miejsce na muzycznej mapie świata. 

J.M. Dupont pochyla się nad karierą przewrotnego artysty, po czym z wykorzystaniem sporej ilości materiałów źródłowych (wykaz znajduje się w komiksie i robi wrażenie), stara się przy pomocy składnej narracji zaprezentować życie i czasy, w których tworzył. Nie ma tutaj jednak niepotrzebnych wstawek biograficznych, wybijających z rytmu – w świetle reflektorów cały czas jest muzyka, napędza ona praktycznie wszystkie zachowania bohatera, a on sam nieustannie podśpiewuje swoje szlagiery, które podsumowują kolejne wydarzenia. Co ważne, scenarzysta ani na moment nie próbuje uwznioślać Johnsona – opowieść, pomimo klamry narracyjnej oraz wiadomego spotkania z Lucyferem, jest naturalistyczna: bohater jako dzieciak dostaje od życia po tyłku, a potem chleje, łajdaczy się, szuka swojego miejsca, podróżując po całych Stanach, ale mimo tego zachowuje cały czas nienaruszoną miłość do muzyki, a uśmiech rzadko schodzi z jego twarzy. To złożona i naprawdę kapitalnie poprowadzona opowieść o zadziornym chłopaku, który złapał diabła za rogi i nie zauważył, że po drodze jego ziemska powłoka nie nadąża za tą muzyczną. 

Love in Vain to znakomite przeniesienie historii tajemniczego i niestety trochę przykurzonego już dzisiaj gwiazdora na karty komiksu, zespolone w niezwykły sposób z ilustracjami Mezzo (Pascal Mesemberg) – dusznymi, wypełnionymi papierosowym dymem, porażająco szczegółowymi, wykorzystującymi w niezwykły sposób hektolitry czarnego tuszu, podkreślającymi na każdym kroku kolejne lata, w których przyszło żyć bluesmanowi. Dodając do tego znakomite wydanie, ostatecznie dostajemy intrygującą opowieść o jednym z najważniejszych artystów w historii muzyki – polecam z czystym sercem, bo czytanie tego albumu z utworami Johnsona w tle jest przeżyciem ekstatycznym. Warto w tym miesiącu darować sobie jakieś peleryny na rzecz tak znakomitego projektu.
Radosław Pisula


SANDMAN: UWERTURA
Scenariusz: Neil Gaiman
Rysunki: J.H. Williams III
Wydawnictwo: Egmont Polska

Sandman: Uwertura – pierwszy, ostatni i najpiękniejszy(?) sen Sandman żyje poza czasem i pomiędzy miejscami. Nie jest to tylko metafora (ale przyznajcie – brzmi całkiem sugestywnie), lecz najprawdziwsza prawda. Paradoksem jest jednak, że choć legendarna seria „Sandman” została zakończona, to Neil Gaiman zdecydował się, aby raz jeszcze przedstawić początek historii Władcy Snów. Pytanie brzmi...jak? 

Sandman: Uwertura, jak zatytułowano album, odnosi się do samego początku istnienia, a jednocześnie zapowiedzi czegoś większego – w tym przypadku mitologii świata snów. Neil Gaiman we słowie wstępnym wyjaśnia jednak dodatkowo, że akcja tego tomu dzieje się po Przebudzeniu, a także Nocach Nieskończonych, czyli ostatnich komiksach, w których uczestniczył Sandman, natomiast równocześnie... dzieje się przed tym, co poznaliśmy w Preludiach i Nokturnach, a więc albumie inicjującym kultową serię Vertigo. Tyle wprowadzenia! 

Wyjaśnienie Neila Gaimana jest potrzebne, aby nieco lepiej zrozumieć kontekst dla powstania tej opowieści, a także uzmysłowić sobie chronologię wydarzeń. Nie ma jednak obaw – Sandman: Uwertura broni się jako autonomiczna opowieść o Księciu Sennych Marzeń. W równym stopniu przejmująca, co wzruszająca wizja. Fabularny chaos jest natomiast tylko pozorny, choć nie da się ukryć, że akurat ta lektura wymaga niemałej koncentracji. A także otwartości na grę z symbolami. 

Najłatwiej odczytać jest ten komiks jako powieść drogi, bo tym też w istocie Uwertura jest. Jednak podróż po bezkresnej galaktyce, w której tytułowemu bohaterowi towarzyszy kot – jedno z odbić jego osobowości – w żadnym razie nie wyczerpuje tematu. Gaiman stworzył bowiem coś w rodzaju mitu kosmogonicznego, przedstawiając sposób powstania (a może bardziej kształtowania, bo to nieskończony proces) świata sennych marzeń. Równocześnie Brytyjczykowi udało się wpisać w całość wątki tak skrajnie różne, jak rodzinny dramat, płomienny romans czy westernową przypowieść. Bogactwo pomysłów jest niesamowite. I bardzo oryginalne. Fantastyczna, nomen omen, jest jednak realizacja idei. Niebywała kunsztowność przedstawień – wizualizacje J. H. Williamsa są po prostu czarujące. Nie tylko ze względu na elegancko prowadzoną, w gruncie rzeczy dosyć realistyczną kreskę, ale także kompozycję obrazów i uzyskanie wrażenia trójwymiarowości. 

Rzeczony rysownik sprawił, że – naprawdę, nieczęsto można ująć to właśnie w ten sposób – ten świat żyje. W pulsujący, organiczny, właściwy tylko sobie sposób. Oddanie poetyki snu (cokolwiek może to w tym przypadku znaczyć) to również niepomierna zasługa Dave’a Stewarta, kolorysty, który z wyczuciem oddał nastrojowość poszczególnych scen. Przygaszone, chłodne barwy na jednej stronie, potrafią kontrastować z żywiołową, tęczową paletą na zupełnie innej. Nie brakuje też całostronicowych, mozaikowych obrazów i zabawy z czernią. Cudowne dzieło malowane słowami i emocjami. 

Sandman: Uwertura prezentuje się naprawdę szczególnie. To wielka sztuka, aby do zamkniętej przecież historii, wprowadzić tyle nowych, zaskakujących wątków. Gaimanowi udało się to po mistrzowsku. Cennymi dodatkami do albumu są też specjalne wywiady z twórcami, dzięki którym dane jest lepiej poznać ten piękny sen. Pierwszy, ostatni i chyba jeden z piękniejszych w całej serii. Znać – po prostu trzeba.
Marcin Waincetel, Anipulp


BATMAN TOM 7 - OSTATECZNA ROZGRYWKA
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont Polska

Ciężko recenzuje się "ostateczną rozgrywkę" między Batmanem a Jokerem będąc świeżo po seansie (a nawet seansach) Lego Batman Film, gdzie ich relacja została przedstawiona tak wspaniale … Spróbujmy jednak na chwilę zapomnieć o najlepszym filmie DCU i wróćmy do „poważnych” komiksów. Moja pierwsza lektura tego tomu, jeszcze w oryginale, skończyła się irytacją i narzekaniem. Postanowiłem jednak spróbować oczyścić umysł przed ponowną lekturą, by moja awersja do Scotta Snydera nie ciążyła na ocenie. I niestety, jak za pierwszym razem, tak i teraz Ostateczna rozgrywka głównie mnie irytowała. Już pierwszy numer tomu, w którym gazem Jokera zarażeni zostali członkowie Ligi Sprawiedliwości, stawia na fajerwerki i obraża inteligencję czytelnika. Po pierwsze, Batman – walczący jednocześnie ze wszystkimi członkami Ligi – to materiał na cały tom, nie jeden efekciarski zeszyt. Po drugie, całkiem zignorowane zostaje to, w jaki sposób Joker podał każdemu superbohaterowi gaz, dlaczego ich nie zabił, skąd wiedział w jaki sposób zmodyfikować gaz dla każdego superbohatera itd. Po trzecie, Joker najwyraźniej jest w stanie zabić wszystkich i to bez problemu, ale jednak tego nie robi, choć przecież chce to zrobić… A to tylko pierwszy zeszyt tej historii. I dalej wcale nie jest lepiej. Jeżeli miałbym określić główny problem całego tomu (moim zdaniem większości tomów Batmana od Snydera), to można opisać go tak: scenarzysta ma dobre, ciekawe, intrygujące pomysły, które zostają zrealizowane w sposób efekciarski, starając się co chwilę podnieść poprzeczkę, stworzyć jeszcze bardziej epicki wyczyn Batmana. Niestety kończy się to tym, że praktycznie każdy tom zawodzi, choć jest w nim spory potencjał (i niezwykle dobitnie pokaże to następna historia z genialnym pomysłem i równie absurdalnym superzłoczyńcą). Z drugiej jednak strony jestem w stanie zrozumieć fanów tego albumu, bo na poziomie bezpretensjonalnej rozrywki jest wciąż niezłym czytadłem, wypełnionym pomysłowymi starciami (gdy wyłączysz myślenie, to pojedynek Batmana z Ligą Sprawiedliwości ogląda się znakomicie) i okraszonym diabolicznie złym Jokerem. Zatem jeżeli podobały ci się poprzednie tomy Batmana i ten przyniesie satysfakcję. Ja niestety nie potrafię na tyle zmrużyć oczu, by przestać zauważać wady Ostatecznej rozgrywki.
Julian Jeliński


300
Scenariusz: Frank Miller
Rysunki: Frank Miller
Wydawnictwo: Egmont Polska

Komiks Franka Millera o samobójczej misji garstki synów Sparty, dowodzonych przez zawziętego Leonidasa, został szeroko rozreklamowany ponad dekadę temu przez filmową adaptację Zacka Snydera – przenoszącą zresztą niektóre kadry w skali 1:1. Ale sam komiks jest jeszcze dynamiczniejszy niż zatopiona w slow motion wersja kinowa. Nie jest to długa lektura długa, fabuła nie bawi się w akrobacje, a dla samego Millera album ten stanowi swoiste podsumowanie wybitnej kariery, gdyż nadchodzący XXI wiek miał być naznaczony serią autorskich potknięć (Mroczny Rycerz kontratakuje, Holy Terror). Jest to także wspaniale zaplanowany komiks, kipiący od emocji, upstrzony znakomitymi postaciami – Leonidas jest tutaj ikoną totalną, to wokół niego cały czas krąży ta niezwykle zwarta opowieść. I chociaż finał jest zapisany na tkance historii świata, to i tak mimowolnie czytelnik trzyma kciuki za tę grupę napompowanych testosteronem, perfekcyjnych wojowników. Scenarzysta nie komplikuje opowieści, nie bawi się w wolty fabularne, a po prostu pokazuje nam bezceremonialną wojenną historię, napuchniętą od pulsującej na kolejnych stronach energii. 

A wszystko to przekazane jest za pomocą znakomitych rysunków Millera – zaprojektowanych tak, żeby każda scena wyglądała majestatycznie i z miejsca zapisywała się w umysłach czytelników. Kompozycja kadrów oraz choreografia scen militarnych to absolutny majstersztyk, a kolory Lynn Varley – łączące odcienie brązu i szarości z czerwienią krwi i peleryn – świetnie zaznaczają okres, w którym toczyły się historyczne wydarzenia. Już z tego powodu powinniście postawić ten (szerokoformatowy) album na półce. Znakomita lektura.
Radosław Pisula


BATMAN - DETECTIVE COMICS TOM 6: IKAR
Scenariusz: Brian Buccellato, Francis Manapul
Rysunki: Francis Manapul
Wydawnictwo: Egmont Polska

Za historię Ikara odpowiada duet znany z Flasha: Francis Manapul i Brian Buccellato, który z czasem stworzył całkiem dobrze prowadzony i rozpoznawalny świat Barry’ego Allena. Zatem zastanawiało mnie, jaki będzie efekt, gdy wezmą się za Mrocznego Rycerza. Szczególnie, że nie ruszali poprzednich tomów Detective Comics, co więcej – Manapul po raz pierwszy dostał możliwość ukazania swojej wizji Batmana. I muszę przyznać, że nie zawiodłem się. W tym tomie cała historia kręci się wokół tytułowego Ikara – niezwykle niebezpiecznego narkotyku, który trafia na ulice Gotham i Batman próbuje odnaleźć jego źródło, by móc zgasić problem w zarodku. Jednocześnie musi się zmierzyć z wojną gangów oraz zabójstwem współpracownicy jego alter ego, która ginie na terenie Wayne Manor. Fabuła bez fajerwerków, brak wielkich nazwisk wśród złoczyńców. Ale zaletą tego tomu jest przede wszystkim trzymanie się tytułu, który powinien zobowiązywać – Batman w Ikarze jest detektywem, który musi połączyć wątki i rozwiązać zagadki, zanim zginą ludzie. W dodatku nie jest nieomylny i nie może uratować każdego. Manapul i Buccellato teoretycznie muszą operować w absurdalnym świecie Wiecznego Batmana, ale mimo to potrafią skonstruować interesującą i wciągającą historię bez superłotrów czy lotów w kosmos. Świetnym rozwiązaniem jest także rezygnacja z chronologicznego opowiadania historii. Z uśmiechem czytałem również każdy kadr poświęcony detektywowi Bullockowi (w tym najlepszy moment całego tomu, czyli jego „starcie” z Batmanem). Czy to zatem znaczy, że będziemy długo jeszcze wspominać „Ikara”? Nie. Ten tom czyta się znakomicie i styl duetu twórców świetnie pasuje do Mrocznego Rycerza. Ale sama historia ukazuje przede wszystkim sprawność autorów, gdyż sama w sobie nie ma nic, co by zapadło w pamięć czytelnikowi (poza Bullockiem – #TeamBullock). A jednak, Detective Comic Tom 6 przyniósł odpoczynek od niezwykle męczącej trójcy wychodzących równolegle serii: Batmana, Wiecznego Batmana oraz Batmana: Mrocznego Rycerza. Jak to dobrze, że choć jeden z tych czterech tytułów potrafi czasem przypomnieć czytelnikowi, że Batman to także detektyw, a nie cudotwórca, Jezus, masochista i Superman w jednym.
Julian Jeliński



SUPERIOR SPIDER-MAN TOM 5: ZŁO KONIECZNE
Scenariusz: Dan Slott 
Rysunki: Giuseppe Camuncoli 
Wydawnictwo: Egmont Polska

Komiks Slotta, Stegmana i Camuncoliego już na starcie atakuje czytelnika błędem. W pierwszym zdaniu blurba mamy: „Kiedy Spidey z przeszłości i Superior Spider-Man spotkają się w walce...”, jest więc zamęt, bo nie do końca wiemy, o którego Spideya z przeszłości chodzi. Dalej z tłumaczeniem jest lepiej, choć niekoniecznie z fabułą.

Pierwsza część komiksu to owa walka dwóch Spider-Manów – Superiora i 2099 (a więc jednak z przyszłości!) – napędzana przez kryzys czasoprzestrzenny, który oba Pająki muszą rozwiązać. Jest dynamicznie, chaotycznie i dziwnie, a w tym wszystkim gubi się urok Superiora – ze złoczyńcy usiłującego kontrowersyjnymi metodami osiągnąć sukces jako superbohater redukuje się on do aroganckiego, niesłuchającego nikogo, brutalnego mściciela, który zachowuje się jak buc i w zasadzie tylko to go dookreśla. W drugiej części – gdy Peter Parker/Otto Octavius broni doktorat i musi zarazem walczyć z obudzoną wprost z lat dziewięćdziesiątych Stunner – jest nieco lepiej, choć nadal brakuje tego, co decydowało o jakości poprzednich komiksów serii: wygrywania różnic między metodami Parkera i Octaviusa. Tutaj mamy przede wszystkim Ottona, który musi wypić piwo, które sam nawarzył; a robi to za pomocą dziwacznego połączenia ślepej arogancji i błyskotliwej przenikliwości, co samo w sobie może być fajne, ale jest mało interesujące w kontekście całej serii. Rzecz nieco ratują rysunki, ale przy chaotycznej fabule komiksu czasem trochę trudno się w nich odnaleźć.

No i mamy kolejne zapowiedzi dalszych konfliktów, choćby z Czarną Kotką, której Otto w przeciwieństwie do Parkera nie znał, więc dał jej w pysk jako pospolitej złodziejce i odstawił władzom. Zapoczątkował tym samym najbardziej żenujący zwrot charakterologiczny postaci Marvela od piętnastu lat – w jednej sekundzie Kotka z mścicielki/bohaterki z lepkimi łapkami, jaką jeszcze niedawno była, stała się szefową półświatka na miarę Kingpina. Mnie osobiście ten wątek mocno do Slotta zraził, a co gorsza – Marvel go wciąż kontynuuje w innych seriach. A samo Zło konieczne – dynamiczne, sprawne, nieźle narysowane, choć mało intrygujące i nie sądzę, żeby komukolwiek chciało się częściej do niego wracać.
Michał Wolski

0 komentarze: