Eksperymenty na ludziach w małym miasteczku - Jakub Ćwiek o Banshee

18:56 Radosław Pisula 0 Comments

W zeszłym roku, wraz z ostatnim odcinkiem czwartego sezonu, ostatecznie minęło dla mnie święto czekania na nowy odcinek „Banshee”. O tej produkcji Cinemaksu pisałem już kilka razy tu i ówdzie, więc choć postaram się unikać powieleń, parę powtórzonych tez musicie mi wybaczyć. Mam nadzieję, że w wysnuwaniu nowych ciekawych wniosków pomoże mi spojrzenie pod nieco innym kątem i trochę inna teza. Taka mianowicie, że całe "Banshee" było nade wszystko nie serialem, a... socjologicznym eksperymentem o całkiem sporym zasięgu. 

Zacznijmy od tego, że u Jonathana Troppera, showrunnera produkcji, trudno szukać młodzieńczych fascynacji brutalnym kinem akcji z lat osiemdziesiątych. Gdy go o nie zapytałem przy okazji spotkania na Comic-Conie w San Diego, rozbawiony odpowiedział pytaniem: dlaczego wszyscy chcą to wiedzieć. Po czym dodał, że oczywiście to i owo przemknęło mu przed oczami, ale to nie tak, że był specjalnie wielkim fanem. Obrazy tego typu odkrył dopiero długo po czasie. I podszedł do nich – to dodaję już od siebie, ale z przekonaniem, graniczącym z pewnością, że tak właśnie było – z akademickim zacięciem. Już uważnie analizując zastosowane w jednym czy drugim filmie rozwiązania i przyglądając się używanym przez ich twórców narzędziom. 

Gdy z perspektywy czasu przyjrzeć się debiutanckiemu sezonowi "Banshee", widać tam bardzo dobrze kalibrowanie gustów. Pierwsze kilka odcinków to testowanie znanych motywów, sprawdzanie reakcji na rozwiązania niewiarygodne acz widowiskowe, na eksperymentalny montaż i nietypowe zagrywki narracyjne, wreszcie na poziom przemocy i seksu w poszczególnych odcinkach. W pierwszym sezonie dostajemy właściwie czyste klisze kluczowe dla kina akcji z westernowym rodowodem. W zasadzie nie ma tam udziwnień, nie ma zmian, fabularnych ingerencji w schemat. Dostajemy w formie skondensowanej to, co znamy i lubimy. Więc lubimy bardziej, nie czując jeszcze, że proces kalibracji się zakończył. 

Kolejny sezon to pod wieloma względami powtórka motywów z pierwszego, ale już skupiona z jednej strony na głównym wątku fabularnym, a z drugiej drugiej na formalnych eksperymentach. Trudno się oprzeć wrażeniu, że sezon drugi to pod wieloma względami jeszcze raz opowiedziany pierwszy, ale już bez kalibracji. To także pierwsza część eksperymentu: czy przywiązanie widza do schematów jest tak silne, że pochłonie dwa razy niemal tę samą historię? Jest, my o tym wiemy, robiliśmy tak nie raz, ale Tropper to człowiek z zewnątrz, więc on się tego wszystkiego dopiero uczy. Testuje. 

Nie tylko w makro skali, bo również na poziomie drobiazgów. Przykład lokaja Burtona pokazuje, że Tropper chce wiedzieć, jaka jest minimalna dawka informacji, którą należy dostarczyć widzowi, by ten w swojej głowie stworzył postać idealną. Nieustannie trzyma też rękę na pulsie, pilnując, by w momencie, w którym pojawiają się pierwsze podejrzenia blefu i blagi, spełnić dane obietnice. W przypadku Burtona była to pamiętna scena przy oraz w rolls-roysie, po której w zasadzie nie mamy już więcej potrzeby kwestionowania umiejętności postaci. Choć, gdy się zastanowić, nie pokazał wcale więcej niż inni. 

To zresztą wcale nie jedyny przypadek, kiedy Tropper udowadnia, że wie, czego oczekujemy - i daje nam to, gdy ledwie o tym pomyślimy. Zwykle jednak albo w postaci czystej, kanonicznej, tyle że z zaskakującymi konsekwencjami albo dając owej kanoniczności pozór, wyprowadza nas w pole. 
Przykład tego pierwszego to historia zastępcy szeryfa Emmetta Yawnersa, czarnoskórego policjanta, który poślubił białą kobietę, co nie spodobało się członkom białego bractwa. Losy Emmetta to kino zemsty w stanie czystym, do tego stopnia, że żona funkcjonariusza, nim doświadczy straszliwej krzywdy, jest oczywiście w ciąży z upragnionym, wyczekiwanym dzieckiem. Wiemy, jak to się potoczy, a Trooper oczywiście ma świadomość, że przewidywalność wchodzi w konkretną korelację z naszą emocjonalnością – im bardziej schematyczna, uproszczona postać, tym łatwiej zuniwersalizować jej problem i postawić się na jego miejscu. Współczujemy więc Emmettowi z całego serca, jednocześnie nienawidząc do szczętu cholernych neonazistów. I tu przychodzi ta druga część eksperymentu, czyli pytanie: a jak wiele musiałbym teraz zrobić, byście polubili gościa od stóp do głów w swastykach? Kurt Bunker, nowy nabytek na posterunku, świetnie to dla Troppera przetestował, a uważniejszych spośród nas zmusił do refleksji, jak ślicznie dajemy się w naszej pysze wodzić za nos. 

Przykład umiejętnego wyprowadzenia nas w pole schematem to z kolei moment z jednego z ostatnich odcinków, gdy następuje sekwencja, do której przygotowywały nas w zasadzie wszystkie sezony. W serialu pojawia się kolejna postać kobieca, bardzo zainteresowana Hoodem. Wiemy dobrze, że do tej pory kończyło się to tylko w jeden sposób. I tu również w zasadzie nie ma wyjątku, choć całe seksualne napięcie służy w zasadzie tylko po to, by pokazać nam bohatera... bezradnie płaczącego. Skrzętnie ukrywana, maskowana, ludzka, słaba strona Hooda tu pojawia się z jednej strony niespodziewanie, ale z drugiej całkowicie zasadnie. I teraz pytanie: zaakceptujemy go takim? Bo możemy oczywiście przyjąć bohatera załamanego, zanoszącego się dzikim skowytem zranionego zwierzęcia – to działa w ramach kliszy. Ale po prostu wtulonego w kobiece ramiona i łkającego cicho? 

To, że mamy do czynienia bardziej z eksperymentem na nas niż po prostu serialem akcji widać wyraźnie w tych chwilach, gdy Tropper pokazuje nam, że już wie, czego chce. Wtedy akcja rozwiązuje się błyskawicznie, najczęściej przy akompaniamencie wybuchów, bo musi nam jakoś wynagrodzić szybkie urwanie wątku. A może sprawdza, czy w ogóle zauważymy? 

Zresztą i sam wielki finał wiele ma w sobie z ciasteczka w nagrodę dla widza za dobrą robotę. Po całym poddawaniu się różnego rodzaju testom, gdy przychodzi do rozwiązania akcji, dostajemy nie jedno, a niemal wszystkie zakończenia, jakich mogliśmy oczekiwać. Jest tu i motyw rodem ze Scorsesse, czyli wątek Bunkera. Jest “Człowiek z blizną” wymieszany z legendarnym finałem z “Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida” w rozstrzygnięciu losów jednego z istotnych graczy. Każdy z bohaterów dostaje finał godny swojej kliszy, ale nad tym wszystkim wisi jeszcze metażart, który wręcz zmusza nas, byśmy całość historii wzięli w cudzysłów. 

Nieważne co się okaże, zabójcą zawsze jest lokaj – potraktowanie tej żartobliwej zasady znanej od początku kryminału, czyli obok romansu najważniejszego przedstawiciela historii gatunkowych – jest dla nas sygnałem, że to wszystko, co się wydarzyło, nie było do końca na serio. 

Dobra, teraz jednak czas na pytanie podstawowe – po co to wszystko? I tu, przyznam się szczerze, nie mam pojęcia. Może po prostu ciekawość akademika, który po drodze polubił swoje eksperymentalne szczurki (choć nie na tyle, by nie przetestować na nich jeszcze jednego newsa: to chyba jeden z naprawdę niewielu przykładów, gdy serial u szczytu popularności nie zwiększył, a zmniejszył ilość zapowiadanych sezonów). Może to test przed czymś jeszcze większym, co czeka nas w przyszłości? Póki co Tropper spróbował uratować z opresji sypiący się "Vinyl" od HBO, ale kto wie, z czym wyskoczy już wkrótce. Żyjemy w dobie trzydziesto- i czterdziestolatków ogarniętych gorączką nostalgii, która już owocuje niebywałymi wynikami kasowymi zapakowanych w nowe efekty starych szlagierów. Większość z nich, zrobiona niezwykle bezpiecznie, nie mówi o nas, widzach, za wiele. Wkrótce może się więc okazać, że nową jakość, w oparciu o nasze gusta, będą nam mogli dać wyłącznie goście jak Jonathan Troppper. Trochę sobie tego w skrytości serca życzę.


0 komentarze: