Top 10: Pisula i 2016 rok na wielkim ekranie

20:51 Radosław Pisula 0 Comments

Kolejny rok i kolejne podsumowanie filmowych romansów.  Bez zbędnego lania wody zapraszam do flirtu z moim celuloidowym topem za rok 2016, może natraficie na jakiegoś niespodziewanego cukierka (macie też tak czasami, że idziecie sobie przez skuty lodem chodnik, dookoła szaroburo, wkładacie rękę do kieszeni, a tam leży zapomniany cukierek, który schowaliście tydzień wcześniej, bo ktoś was poczęstował? Właśnie - to dobra część życia). Żeby ustalić jakieś konkretne ramy selekcji - wyznacznikiem jest dla mnie data oficjalnej polskiej premiery filmu (dodatkowe rzeczy będą wymienione na końcu):


1. BONE TOMAHAWK (reż. S. Craig Zahler)
Błyskotliwy pisarz S. Craig Zahler przekonał do swojego reżyserskiego debiutu grupę konkretnych aktorów, wziął ich na niecały miesiąc na tereny filmowego rancza Paramountu i na minimalnie minimalnym budżecie (niecałe dwa miliony dolarów) nakręcił gatunkową petardę, która świeżością zawstydza przeżarte kalkomanią Hollywood. Widz dostaje twardy jak końskie kopyto western, pożyczający trochę z Poszukiwaczy, trochę z Rio Bravo, ale uderzający w pewnym momencie cudowną woltą fabularną, która popycha seans (nieśpiesznie, ale trzymając za gardło coraz mocniej z minuty na minutę) w stronę… horroru kanibalistycznego. Wzbierająca dziwność, nawiedzająca świat męskich bohaterów, miesza się z efektownym gore i konkretnymi dialogami. Świetnie zagrane, przemyślane w każdej sekundzie kino, które udowadnia, że pomysł i konsekwencja nadal mogą walczyć z wielkimi pieniędzmi.


2. ŁOTR 1. GWIEZDNE WOJNY – HISTORIE (reż. Gareth Edwards)
Lubię klasyczną trylogię, chociaż nie jestem jakimś szczególnym fanem Gwiezdnych wojen, ale odgrzewane Przebudzenie mocy zapomniałem kilka tygodni po premierze. Po Łotrze 1 też nie spodziewałem się wiele, bo Godzilla Edwardsa zdewastowała moje oczekiwania związane z jego kolejnymi filmami. Ruszyłem jednak do kina i bach! Widowisko wzięło mnie z zaskoczenia i z miejsca się zakochałem. To kapitalne kino akcji, technicznie prawie nieskazitelne (oprócz kulejącego jeszcze aktorskiego CGI), w którym na każdym kroku czuć ogrom gwiezdnowojennej mitologii. Edwards dodaje do kultowego świata sporo nowych rzeczy, stara się przeszczepić w konwencjonalne ramy świeże rozwiązania formalne, takie jak np. przemyślane starcia militarne, gra na emocjach, wyraziście zarysowując blaski oraz cienie działań Rebelii i – co najważniejsze – razem z grupą straceńców serwuje widzowi świetną zabawę. Łotr 1 nie jest filmem idealnym, ale to Gwiezdne wojny przystosowane dla mnie – już na stałe zostanie niezbywalną częścią moich maratonów z Epizodami IV-VI.


3. AŻ DO PIEKŁA (reż. David Mackenzie)
Kolejny kapitalny western i najprawdopodobniej zaginiony scenariusz Waltera Hilla, który Taylor Sheridan znalazł pod jakimś kaktusem. Zapyziałe amerykańskie mieściny wyglądają przepięknie w palącym słońcu, zdjęcia robią wrażenie, ale szkieletem filmu jest starcie świetnych aktorów w różnych kombinacjach. To surowa wariacja na temat kumpelskich filmów akcji i jednocześnie historia współczesnych kowbojów opowiedziana w starym stylu, za którą pół wieku temu z chęcią wziąłby się John Ford – doprawiona celnym komentarzem społecznym. Fantastyczni Foster i Bridges.


4. LAMENT (reż. Hong-jin Na)
Niby przemocny gatunkowy tygiel (horror satanistyczny, dramat, kryminał, film o zombie, a nawet slapstickowa komedia), ale wyważony idealnie, trzymany przez reżysera w ryzach w każdej sekundzie – chociaż może ciut za długi. Rzadko kiedy tajemnica aż tak intryguje, a tropy są tak przemyślanie mylone – chociaż już od początku są podane jak na tacy, jeśli znamy stojące za fabułą koreańskie wierzenia. Oscar dla zagarniętego przez naturę miejsca akcji.


5. SŁUŻĄCA (reż. Park Chan-wook)
Zawsze uważałem, że ktoś powinien połączyć Emmanuelle z Ocean's Eleven. Dzięki, Park. Widowisko błyskotliwe, zaskakujące, śliczne wizualnie, zmysłowe – Korea czasów japońskiej okupacji została stworzona do sensualnych wygibasów w stylu Waleriana Borowczyka, gdzie erotyki jest sporo, ale podana została w baśniowej konwencji, delikatnie. Mimo tego, że w fabule mamy maksymalnie sprośne opowiastki oraz śliniących się starych facetów. Prawdopodobnie najlepiej wyglądający film z zeszłego roku, gdzie każda scena to materiał na pocztówkę.


6. NICE GUYS. RÓWNI GOŚCIE (reż. Shane Black)
Wiem, że to nie jest film pod żadnym pozorem idealny, ale z każdym seansem bawię się coraz lepiej, gdy już ta zagmatwana fabuła schodzi na dalszy plan (chociaż i ona nie jest wadą, bo to przecież jawne odniesienie Blacka do niepotrzebnego czasami zamotania w klasycznym noir, czemu dał już upust w Kiss Kiss Bang Bang). Scenografia, kostiumy oraz muzyka są tutaj absolutnie kapitalne, klimat przesyconego słońcem, wódą i neonami Los Angeles świdruje mi głowę, a to tylko dodatek do fantastycznych dialogów – 90% dzisiejszych scenarzystów w Hollywood prędzej ma szansę napisać dobrą adaptację gry wideo, niż doskoczyć do Blacka pod względem maestrii w akcyjniakowym słowie pisanym. A gdy dodamy do tego bebech Russela Crowa i piękną buźkę Ryana Goslinga, który może i zbytnio szarżuje, ale uzupełnia się z Gladiatorem zjawiskowo, to wychodzi ostatecznie film skrojony pode mnie. Tak, wiem, że Black robi cały czas jeden i ten sam film od zarania swojej kariery, ale ta formuła ma już własny apartament królewski w moim umyśle. Bawiłem się jak prosiak – to mój Kryptonim U.N.C.L.E. tego roku.


7. KAPITAN AMERYKA: WOJNA BOHATERÓW (reż. Joe Russo, Anthony Russo)
Braci Russo ktoś tam w Marvel Studios powinien oblać złotem i postawić w holu obok pomnika Jamesa Gunna, bo gdy ta ich trykociarska formuła o potencjalnie stalowych płucach zaczęła dostawać zadyszki, to rezolutne rodzeństwo popchnęło ją w całkiem nowe rejony narracyjno-wizualne. Niby elementy konstytuujące MCU pozostały, ale sceny akcji wyglądają tutaj kapitalnie – szerokie plany, walki wielu postaci naraz (nie jakieś postbourne’owskie trzęsawki z kamerą, gdzie na raz widać góra półtorej bohaterów), każdy cios mający swoje znaczenie i siłę. A dodatkowo scenariusz ładnie łączy do kupy zgraję dziwaków, stanowi sensowne podsumowanie pewnego etapu w uniwersum i – przy wszystkich tych twardych komiksowych korzeniach – jest potężnie emocjonujący, skupiając akcję przede wszystkim na postaciach. Zgrabne, śliczne wizualnie, niegłupie.


8. LOBSTER (reż. Yorgos Lanthimos)
Zaskakująca antykomedia romantyczna a jednocześnie potwornie szczera wiwisekcja związków partnerskich – od ich funkcjonowania w ramach społeczeństwa, z wszelkimi umownymi nakazami i zakazami (tutaj przefiltrowanymi przez skrajnie groteskowy czarny humor), do obostrzeń nakładanych już przez samych partnerów. Celne i momentami aż nazbyt prawdziwe, podane w narkotycznym sosie, a w połączeniu z ascetyczną formą – gdzie każdy absurd prezentowany jest przez bohaterów bez cienia emocji na twarzy (ze świetnie wykalkulowanymi wyjątkami), daje prawdziwą petardę prosto z gonad kina najdziwniejszego. Zabawna a jednocześnie niezwykle gorzka produkcja, której ukoronowaniem jest wybitnie niefarrelowa rola Colina Farrella – Irlandczyk, tutaj z wujowym wąsem zakrywającym twarz, udowadnia po raz kolejny, że zakres aktorskich umiejętności ma naprawdę szeroki. Yorgos Lanthimos znowu intryguje na potęgę – dziwny typ.


9. OSTATNIA RODZINA (reż. Jan P. Matuszyński)
Niemożliwe – współczesny polski film zakleszczony w sporej części w PRL-u bez prania politycznych brudów i ideologicznych przepychanek? O ludziach i życiu? Niespotykane. Matuszyński rozbił emocjonalny bank swoim debiutem oraz udowodnił, że schorowane ciało polskiej kinematografii może nadal wydawać na świat zdrowe dzieci. Klimat, scenografia, sposób prowadzenia narracji – wszystko jest tutaj dopieszczone w najmniejszych szczegółach, a przy ty reżyser ani na moment nie spuszcza z oka trójki głównych bohaterów. Ekran jest areną starcia poczciwych rodziców (Seweryn i Konieczna zaklinają ekran) z piekielnie inteligentnym, ale psychicznie zdewastowanym synem (a Ogrodnik jednak kilka razy zbytnio przeszarżował): on podminowuje relacje, walczy ze sobą i całym światem, a oni na swój sposób próbują jakoś łatać rodzinną łódź, chociaż są świadomi czyhającej na horyzoncie tragedii. Wielkie kino wielkich emocji zamkniętych w małych klitkach. I film o artyście, który jest przede wszystkim człowiekiem i nie musi prowadzić serc ludzkich na barykady – wystarczy mu łyk Pepsi.


10. CREED: NARODZINY LEGENDY (reż. Ryan Coogler)
Staroszkolny film bokserski, który trafia mocno w moje czułe punkty – wrzące problemy ojcowskie, których rozwiązanie jest o tyle problematyczne, że ojciec nie żyje; zastępcza figura rodziciela, zbliżającego się też niestety do końca swojego życia (świetny Stallone, jak zawsze) i w końcu największa wolta fabularna tej odsłony – nie ma tu starań o wyrobienie sobie nazwiska, ale ucieczka od ciężaru tego już rozsławionego; walka o własną tożsamość (nie tylko sportową). Kapitalnie zagrany, świetnie nakręcony, otoczony zatrzymanymi w czasie filadelfijskimi ulicami. Były w tym roku lepsze filmy, ale to właśnie do Creeda chcę wracać i trzymać kciuki za każdą bombę wymierzoną w balast niechcianej sławy.

Nie załapały się z powodu daty oficjalnej premiery/braku premiery w kinie (a trafiłby do topu/trafią za rok): Toni Erdmann, Elle, Wiedźma, Midnight Special

0 komentarze: