Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #2

19:02 Radosław Pisula 0 Comments

Druga brodata paczka z recenzjami komiksów wszelakich. Na linii startu stoją Batman, Druuna, Liga Sprawiedliwości, Obcy, Ed Brubaker, Suicide Squad oraz Wojna - wojna, która nigdy się nie zmienia.

BATMAN - WIECZNY BATMAN - TOM 1 
Scenariusz: Scott Snyder, Jason Fabok, John Layman, James Tynion IV  
Rysunek: Jason Fabok 
Wydawnictwo: Egmont 

Pomysł niezwykle ciekawy. Niech Batman próbuje się zmierzyć nie tyle ze złoczyńcami, co z dysfunkcyjnym systemem sądowniczym, kiedy oskarżony o zabójstwo zostanie Jim Gordon. To jest wystarczający materiał na świetną historię. Jednak Wieczny Batman chce nam (zgodnie z logiką Scotta Snydera, który był też pomysłodawcą tej historii, wraz z Jamesem Tynionem IV) wepchnąć jak najwięcej wątków jednocześnie - bo przecież inaczej nie da się zrobić dobrej historii, trzeba byłoby się koncentrować na takich głupotach jak dialogi, stopniowanie napięcia itp. W efekcie Batman Eternal cierpi, oferując nierówne tempo historii, wątki, które wydają się połączone na siłę i brak koncentracji na tym, co powinno być mięchem tej historii – czyli relacji Gordon-Batman-system sprawiedliwości.

Dodatkowo w samym środku tomu znajduje się numer obrzydliwie narysowany przez Iana Bertrama, zupełnie nie pasujący do realistycznej, mrocznej konwencji całego tomu, przez który odechciewa się kontynuować czytanie. Wieczny Batman to kilka bardzo dobrych pomysłów często marnowanych przez scenarzystów. Nie jest źle, ale mogło być znacznie lepiej. 
 Julian Jeliński 

DRUUNA - TOM 0: ANIMA 
Scenariusz: Paolo Eleuteri Serpieri 
Rysunki: Paolo Eleuteri Serpieri 
Wydawnictwo: Kurc 

Anima to jeszcze relatywnie świeży komiks Sarpieriego, będący „zerowym” tomem przygód kultowej już Druuny, która zadebiutowała w 1985 roku. Komiks napisany – a tak naprawdę narysowany, bo fabuła jest tu naprawdę szczątkowa – trzydzieści lat po debiucie jego największego dzieła, dał artyście szansę na chwilowy odskok od heroicznej brunetki. Chociaż niezbyt daleki, bo ponętna jasnowłosa protagonistka tego tomu zbytnio nie różni się od Druuny, a sam komiks jest kwintesencją pulpowych fascynacji autora. To tak naprawdę diabelsko szczegółowy artbook, będący laurką dla kultowej serii oraz dziedzictwa groszowej fantasy – mamy tutaj postapokaliptyczny świat, jego dziwaczną faunę i florę oraz najważniejszy element opowieści: roznegliżowane ciało głównej bohaterki – spełnienie popkulturowych marzeń o perfekcyjnej cielesności, wijące się w różnych pozach, atakowane, umiejętnie się broniące, zażywające cielesnych uciech. A wszystko to w realistycznym, niepodrabialnym stylu Sarpieriego, gdzie skrupulatnie wstawiane tysiące malutkich kresek kreują rozrywkową sztukę. To specyficzny album, nie dla każdego, stanowiący repozytorium minionej epoki, gdy fantasy nie definiowały wysokobudżetowe przygody Hobbitów, fluorescencyjny Avatar i opancerzeni herosi z Warcrafta, a popkultura hołubiła spoconych mięśniaków i kształtne niewiasty. Jeśli znacie Druunę albo lubicie klasyczną pulpową erotykę, to możecie brać w ciemno – w innym wypadku warto się zastanowić, bo to na pewno śliczny album, ale z pretekstową fabułą. Chociaż ciężko nie zadurzyć się w świecie Sarpieriego i brawa dla wydawnictwa Kurc, że zaczęło odświeżać cały cykl w tak eleganckiej formie. 
Radosław Pisula 

FIRE AND STONE – TOM 1: PROMETEUSZ 
Scenariusz: Paul Tobin 
Rysunki: Juan Ferreyra 
Wydawnictwo: Scream Comics 

Filmowy Prometeusz podzielił widzów. Jedni przymknęli oko na głupotę występujących w filmie naukowców i dali się porwać opowieści Ridleya Scotta, drudzy mieli całkiem odmienne zdanie. Jednak mimo mieszanego przyjęcia historia trwa dalej. Wydany przez Scream Comics Prometeusz jest częścią większego crossoveru Fire and Stone – w którego skład wchodzą również opowieści o słynnych Obcych oraz równie popularnych Predatorach. W komiksie dostajemy wszystko, czego można by było oczekiwać od tego konkretnego tytułu: załogę statku, roboty sprzeciwiające się swoim twórcom, tajne misje, dużo morderczych obcych i kolejny krok w stronę tajemnicy Inżynierów.

Minusem jest jednak polskie wydanie, a mianowicie brak porządnej korekty, przez co w liternictwie występują takie buble jak wiszące spójniki albo źle podzielone wyrazy. Mimo tych wad Prometeusz to dobry wstęp do serii i znakomity towarzysz w oczekiwaniu na kolejne kinowe wystąpienie morderczych Xenomorphów. 
Robert Sienicki 

VELVET - TOM 1: U KRESU
Scenariusz: Ed Brubaker 
Rysunki: Steve Epting 
Wydawnictwo: Mucha Comics 

Ed Brubaker coraz weselej panoszy się po polskim rynku komiksowym - i bardzo, bardzo dobrze. Ponieważ naprawdę ciężko znaleźć dzisiaj drugiego tak utalentowanego scenarzystę, który z taką samą energią kreśli fantastyczne opowieści oparte na najbardziej rozpoznawalnych licencjach, wymykające się z konwencjonalnej klatki (Kapitan Ameryka, Catwoman, Gotham Central, Daredevil, Winter Soldier, Sleeper) i autorskie gatunkowe rollercoastery (fantastyczne Fatale; zalew zjawiskowych kryminałów, takich jak Incognito, Criminal, Scene of the Crime albo The Fade Out).

W Velvet zatapia się w opowieści szpiegowskiej w stylu przygód Bonda, gdzie agenta 007 zamienia na twardą jak skała oraz niesamowicie kobiecą agentkę, która z niejasnych powodów porzuciła sekretne wojaże i od kilku dobrych lat zajmuje się pracą za biurkiem. Jednak pewne zawirowania w wywiadzie, powiązane ze śmiercią jej byłego partnera sprawiają, że niesłusznie oskarżona o zdradę musi wyjaśnić całą sprawę, uciec przed mocodawcami i przetrącić przy tym parę karków. Brubaker dogłębnie rozumie gatunek i z brawurą błyskotliwego dzieciaka składa swoją opowieść z niby utartych schematów, które pod jego batutą zyskują nowe życie. Wszystko to już gdzieś było, ale dynamiczna narracja i absolutnie fantastyczna bohaterka (trochę w stylu kobiet Grega Rucki, który jest zresztą bardzo dobrym przyjacielem Bru) sprawiają, że to obecnie bezsprzecznie jeden z najlepszych rozrywkowych tytułów dla dojrzalszego czytelnika na naszym rynku. Jest odpowiednio krwawo oraz mocno noirowo (co Steve Epting doprowadził do perfekcji już w Kapitanie Ameryce). Szkoda tylko, że pierwszy tom jest niezbyt długim wstępem do większej fabuły, bo oczekiwanie na kolejne albumy będzie naprawdę bolesne. 
Radosław Pisula 

SUICIDE SQUAD. ODDZIAŁ SAMOBÓJCÓW - TOM 1: NADZOROWAĆ I KARAĆ 
Scenariusz: Ales Kot, Matt Kindt 
Rysuki: Patrick Zircher 
Wydawnictwo: Egmont 

Nie ma sensu się rozwodzić nad tym tomem. Zarówno fabuła nie pozostanie wam w pamięci, ani sposób konstruowania psychologicznych obrazów członków Suicide Squad, ani nawet strona graficzna. Ot, czytadło jakich wiele, udające, że daje nam coś nowego kopiując wyświechtane schematy. Portrety psychologiczne Harley Quinn i Deadshota nie tylko nie zapadają w pamięć, ale są (dla mnie) niezwykle irytujące. Rozwiązanie o „wolności szaleństwa” i „świadomej decyzji o zerwaniu więzów samokontroli” było wykorzystywane zbyt wiele razy oraz stanowi łatwą wymówkę, by faktycznie nie próbować robić z Harley Quinn ciekawej postaci. One-shot przedstawiający jej origin blednie i wkurza, gdy porówna się go do solowej serii Quinzel, której pierwszy tom właśnie pojawił się na polskim rynku.

Jedyną rzeczą warto uwagi w tym tomie jest origin Deadshota, głównie z powodu próby wyjaśnienia, czym miałby różnić się od tylu innych zabójców/wyborowych strzelców. Poza tym cały tom jest do zapomnienia po szybkim przekartkowaniu. 
Julian Jeliński 

WIECZNA WOJNA 
Scenariusz: Joe Haldeman 
Rysunki: Marvano 
Wydawnictwo: Egmont 

Książka Haldemana, wystrzeliwująca w kosmos jego wspomnienia z wojny w Wietnamie, to bezsprzeczna klasyka antywojennej literatury. A wersja komiksowa z rysunkami Marvano jest leszcze lepsza. To przemyślana wiwisekcja koszarowego życia i uwypuklenie irracjonalności całego konfliktu ( i to nie tylko tego w Azji, bo problemy z którymi boryka się bohater są tak naprawdę uniwersalne, powiązane z każdą wojną). Niezwykle obrazowa, uświadamiająca czytelnikowi, że największym błędem militarnym jest tak naprawdę brak komunikacji (a najczęściej całkowite jej zaniechanie) i oderwane od uwarunkowań społecznych ideologiczne przepychanki. A podporządkowani systemowi żołnierze (godni pochwały profesjonaliści, niestety najczęściej nieudolnie ukierunkowani) i żyjące w skrajnym zagubieniu społeczeństwo, to kolejne stracone generacje.

Upływ czasu jest zresztą jednym z błyskotliwszych pomysłów scenarzysty (jeśli oczywiście mocno zawiesimy niewiarę, bo to pomysły dużo bardziej fiction niż science), podkreślającym w ciekawy sposób ciągnące się w nieskończoność wojenne podchody i przepaść dzielącą weteranów oraz ich rodzinne światy, które bezpowrotnie opuścili (ciała mogą wracać, umysły najczęściej pozostają na polach walki). Minusem może być jedno z dosyć sielankowych rozwiązań w finale, ale przecież życie w sidłach konfliktu nie jest złożone jedynie z tragedii. Uczucia są latarnią morską nawet dla zafiksowanych na walce współczesnych Odyseuszy.

Wielka, niesamowicie sugestywna i diabelnie mądra opowieść, do której na pewno będziecie wracać – a technoprojekty Marvano, przypominające często połączenie prac H.R. Gigera i scenografii 2001: Odysei kosmicznej, nadal zachwycają, mimo upływu lat. Bierzcie w ciemno, nie będzie się kurzyć. 
Radosław Pisula 

LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI - TOM 5: WIECZNI BOHATEROWIE 
Scenariusz: Geoff Johns 
Rysunek: Doug Mahnke, Ivan Reis 
Wydawnictwo: Egmont 

Ten tom niestety nie ma racji bytu jako samodzielne czytadło. To tie-in do Wiecznego zła, którego wartość mocno spada bez znajomości głównej historii (a nie musi tak być, co pokazała Wojna w Arkham). W Wiecznych bohaterach znajdziemy originy członków Syndykatu Zbrodni, czyli złej wersji Ligi Sprawiedliwości. Poświęconych każdej z tych historii jest tylko kilka stron, zatem nie przynoszą one specjalnej satysfakcji, jedynie pomysł na Owlmana (złego Batmana) wydaje się ciekawy (i z chęcią zobaczyłbym serię będącą pojedynkiem obu wersji, ale opartą na intelekcie, a nie wybuchach a’la oba Snydery). Po przeczytaniu tej części szybko o niej zapominamy, jak zresztą i o całym Wiecznym złu. Na koniec dołączono historię grupy Metal Men, na której czele staje Cyborg. To miła historyjka, choć znów niespecjalnie zapadająca w pamięci, acz stanowiąca dobry pomysł na osobą serię (Cyborg & the Metal Men). Całość niestety nie stanowi spójnego tomu i działa tylko jako uzupełnienie głównej historii. Ale jeśli podobało ci się Wieczne zło, to i Wieczni bohaterowie przypadną ci do gustu. 
Julian Jeliński

0 komentarze: