Najbielszy komik Ameryki zapomniał jak być zabawnym…

18:14 Radosław Pisula 0 Comments

Jeff Dunham na popularność w roli komika-brzuchomówcy pracuje grubo ponad dwadzieścia lat. Zaczynał jako nastolatek, ale tak naprawdę dopiero klipy na YouTube i stworzenie Achmeda – Martwego Terrorysty przyniosły mu międzynarodową sławę. Artysta otrzymał nawet własny program komediowy The Jeff Dunham Show, a w roku 2014 powstał o nim film dokumentalny (odniósł już taki sukces, że po prostu przyszedł na to czas). Teraz brodaty Julian Jeliński rozprawia się z jego najnowszym show.


Dlaczego nazywam Jeffa „najbielszym” komikiem Ameryki? Ponieważ nim jest. Jego stand-upy były i są tworzone dla białej publiczności, jego speciale kręcone są najczęściej na Południu (i „białych” stanach), nawet jego kukiełki są tworzone dla białej Ameryki (czego koronnym dowodem jest Achmed). Gdy raz stworzył czarnoskórą kukiełkę – alfonsa ze złotym zębem, który miał być jego „agentem” – to nawet ona miała trafiać w najprostsze skojarzenia białych odnośnie czarnych i tylko na tym bazował humor (Sweet Daddy Dee zresztą szybko wylądował w koszu, nie wracając już w kolejnych specialach). Ale czy to źle, że Jeff jest najbielszym komikiem? Niekoniecznie. Dunham nagrał kilka świetnych stand-upów, potrafił był bardzo twórczy i pomysłowy, dbając o żarty, dodając odrobinę slapsticku, dowcipne piosenki oraz wachlarz nowych sztuczek brzuchomówcy (choć inni artyści tego typu często go dissują – ale to nie moja brocha, na brzuchomówstwie się nie znam). Potrafił też śmiać się z siebie, co tym bardziej pomagało mi „kupić” jego poczucie humoru. 

Do czasu. 

Problemy zaczęły się w 2009 roku, gdy dostał swój własny program. Comedy Central ściągnęło go z anteny po zaledwie siedmiu odcinkach ze względu na słabą oglądalność (poza pilotem) i niezwykle marne recenzje. A w tym programie Dunham jeszcze kombinował, starał się wymyślić coś nowego – np. posłał Achmeda do amerykańskiego wojska czy żartował z komercjalizacji samego siebie, robiąc skecze o nagrywaniu dzwonków i statusie „gwiazdy” Peanuta. Czy wciąż leciał na stereotypach (najczęściej rasistowskich)? Tak. Ale przynamniej był pomysłowy. Niestety, ryzyko się nie opłaciło. I choć w 2011 i 2012 wypuścił całkiem niezłe stand-upy (odpowiednio: Controlled Chaos i Minding the Monsters), to materiału w nich było mało i opierały się głównie na popularności samych kukiełek niż dobrych tekstach oraz inteligentnie napisanych żartach.

(zastanówcie się, dlaczego Jeff przygotował mash-up, a nie wrzucił ANI JEDNEGO żartu w tym filmiku, mającym special promować…) 

A potem przyszedł rok 2014 i pseudo special, który składał się głównie ze starych lub głupio-bezpiecznych żartów i gagów wybranych z jego światowego tourne. Nie było klimatu, bo co chwila przeskakiwaliśmy do innego kraju, by nowy „żart” usłyszeć. I gdy Chris Rock potrafił połączyć trzy stand-upy z RPA, Anglii i USA w jeden, genialny show (polecam, każdy fragment Rocka jest lepszy od wszystkiego Dunhama), to „Koleś od kukiełek” wypuścił po prostu wtórną zlepkę fragmentów, które bardziej nadawały się na amatorskie nagrania z YouTube. 

W końcu dochodzimy do recenzowanego, najnowszego stand-upu – Jeff Dunham: Unhinged in Hollywood. Ech… Chryste, jak to widowisko boli. Boli, jak życie. Boli, jak przejeżdżanie pazurami po tablicy, nagrane w Dolby Surround Sound i puszczane w najdroższych słuchawkach Beats by Dre. Po pierwsze – całość ma ŁĄCZNIE 41 minut. 41 minut stand-upu wliczając w to przerwy, piosenki i dodatkowe (ponoć zabawne) skecze. Już za samą długość powinno się ten special zdyskwalifikować. Nawet naćpany i wiecznie zdekoncentrowany Tracy Morgan jest w stanie przygotować dłuższy show i to bez głupich przerywników.


Ale idźmy dalej. To nie długość decyduje o jakości stand-upu, ale dowcipy. I tu jest pies pogrzebany. Unhinged in Hollywood żartów jest pozbawione! Dunham odgrzewa kilka starych motywów, które już milion razy odgrywał (pytanie Waltera, czy mu się podoba w Los Angeles, tekst: „trafimy do piekła… o! Przecież już jesteśmy w L.A.” itd. itp.), poświęca czas na pseudo-slapstick ze swymi pacynkami, dodatkowo zmusza nas do wysłuchania dwóch utworów muzycznych, obejrzenia niby-reklamy i ciągnącego się skeczu o relacji menedżera koncertu z Achmedem. Gdyby odjąć to wszystko, pozostanie nam jakieś (góra!) 20 minut gadania, z których ponad połowa jest nudna, wtórna i ledwo wywołuje uśmiech. Nie bardzo nawet wiem, co miało nas bawić? Kolejne gubienie części swoich kukiełek? Wyrzucanie kukiełki „przypadkiem”? A może ganianie jej na czworaka? Gdy za pierwszym razem Dunham „zgubił” rękę Achmeda, śmialiśmy się. Gdy potem odpadały mu nogi, też było śmiesznie (bo zadbał o dodatkowe atrakcje, nie robił żartu z samej niezręczności brzuchomówcy). Ale ile razy można powtarzać ten sam gag? Pewnie tak długo, jak ludzie będą kupować bilety… 

Co najgorsze – to jeszcze nie koniec! Dunham spieprzył znacznie więcej. Po pierwsze – zaprosił Brada Paisley’a, by ten zagrał poważny numer, a potem niby żartobliwy kawałek z Walterem. Paisley to legenda country i kolejny już ukłon w stronę białej Ameryki (poważnie, kto do programu nagrywanego w Los Angeles zaprasza gwiazdę country?). Obie piosenki to strata prawie dziesięciu minut. Ani one zabawne, ani porywające. Nijakie – po prostu zmarnowany czas. Jakby tego było mało, do jednego ze skeczo/przerywników zaproszony został także Chuck Liddell. Musiałem wygooglować, kto to jest i dopiero wtedy zrozumiałem, że to kolejny chwyt, by zachwycić białego odbiorcę z Południa – Liddell to zawodnik UFC… Kolejne zmarnowane minuty. A przed nami jeszcze perełka na torcie gniotu, jakim Unhinged… jest: pseudoironiczna autoreklama.


Tak, to nawet nie jest smutny, żenujący żart. Dunham wykorzystał okazję, by zareklamować prawdziwą zabawkę, którą można kupić na jego stronie za skromne 95 dolarów! Niby chciał z tego zrobić żartobliwy skecz z Little Jeffem i być tak trochę ironicznym, ale wyszła mu jedynie obleśna próba wpychania do gardeł odbiorców merchandingu i zarobienia kilku dolarów więcej. Żałosne…

Podsumowując, Jeff Dunham: Unhinged in Hollywood nie tylko nie jest warte zakupu na DVD, nie jest warte ściągnięcia spiraconej wersji, nie jest nawet warte leniwego kliknięcia na YouTube. Z drugiej strony – nie powinniśmy o tym „osiągnięciu” zapominać, gdyż to DVD jest podręcznikowym przykładem do czego doprowadza desperacja, chciwość i chęć podlizania się swoim odbiorcom…

0 komentarze: