Recenzja: Spectre (2015)

15:55 Radosław Pisula 0 Comments


Zacznijmy od rzeczy podstawowych - Spectre to udany film. Nie wybitny, ale i z całą pewnością nie mierny, jak sugerowali niektórzy recenzenci. To jedna z tych produkcji, które ogląda się z przyjemnością, nie zwracając szczególnej uwagi na logiczne luki. Jak powiedziałby nieśmiertelny Zygmunt Kałużyński - to esencja kina opartego na ruchu i wizualnym przepychu. Rzecz druga - Spectre to nie Skyfall. I zdanie to może niektórych zachęcić, a innych zniechęcić do nowego Bonda. Skyfall był efemerydą na tle całej serii - filmem, który starał się przełamać żelazne schematy narracyjne. Spectre to ponad dwugodzinna gloryfikacja owych schematów, co pociąga za sobą zarówno dobre, jak i złe strony ostatniej produkcji Sama Mendesa. 

Jest w Spectre kilka rzeczy, które zdecydowanie wyróżniają to widowisko na wielki plus. Po pierwsze, w zalewie wszystkich tegorocznych miernych filmów franczyzowych Spectre trzyma poziom, tzn. jest sprawnie nakręconym filmem sensacyjnym, który ogląda się z autentycznym zainteresowaniem i napięciem. Owszem, jest tu kilka scen, które dałoby się skrócić lub wyciąć bez zbytniej straty, lecz ani przez chwilę nie czułem podczas seansu zażenowania wynikającego z przeczucia, że oto ktoś stara się mi wcisnąć wydłużoną wersję filmowego zwiastuna. 

Drugim wyróżniającym się elementem Spectre są aktorzy - dla Craiga jest to zwieńczenie (zapewne także aktorskiej) przygody z 007. Tu po raz pierwszy nie musi grać sentymentalnego herosa, lecz Bonda w starym dobrym stylu. Jest luz, humor i mordobicie, czyli to, co być miało. Obok Craiga błyszczy Christoph Waltz. Zupełnie nie rozumiem zarzutów, jakoby Austriak miał kopiować Javiera Bardema z poprzedniego filmu. Gra Waltza jest fantastycznie minimalistyczna (zwłaszcza podczas jego pierwszego pojawienia się na ekranie), ale naprawdę rozkręca się dopiero pod koniec widowiska. Nie napiszę więcej, by nie spoilerować, ale kiedy złoczyńca ujawnia się w swym ostatecznym emploi można tylko bić brawo.Co do ról kobiecych - Monica Belucci pojawia się na dosłownie pięć minut i nie wnosi do filmu nic poza klasycznym łózkowym przerywnikiem. Leading girl, czyli Lea Seydoux, to postać ciekawa, z temperamentem, lecz chyba za bardzo scenarzyści próbowali zrobić z niej drugą Vesper Lynd. Jest śliczna, ale dałoby się napisać jej postać ciekawiej. 

Trzecią istotną zaletą filmu jest ogólna oprawa techniczna - wszystkie elementy filmowego rzemiosła, od zdjęć przez kostiumy po muzykę, dobrane i dopracowane są perfekcyjnie. Kolejne sekwencje mają w domyśle przebijać poprzednie i przez zdecydowaną większość filmu udaje się ten efekt osiągnąć. Zaczynamy więc monumentalną sceną otwierającą w Meksyku, potem czołówka (piosenka Sama Smitha wreszcie dobrze brzmi w zestawieniu z wszechobecnymi mackami ośmiornicy, potem absolutnie najlepsza część filmu rozgrywająca się w widmowym (sic!) Rzymie itd. Spectre to zdecydowanie film "do oglądania" i to koniecznie w kinie! 

A co nie zagrało? Kilka rzeczy. Spectre oceniłem na 4, czyli dokładnie na tyle samo, ile w moim osobistym rankingu ma Skyfall (6 zarezerwowana jest dla Casino Royale). Mój największy problem z tym filmem wynika z jego ogólnego założenia, jakim jest próba połączenia wszystkich wcześniejszych wątków filmów z Craigiem w jedną całość. Oczywiście rozumiem, że takie są wymogi współczesnej popkultury eksploatującej koncepcję fabularnych uniwersów (dzień dobry panie Jenkins!), lecz tego rodzaju podejście łatwo zepsuć, jeśli potraktuje się je zbyt pobieżnie. I tak właśnie jest w Spectre - co chwila słyszymy, że wszystko, co wydarzyło się wcześniej "jest połączone", że wszystko, co spotkało Bonda jest częścią jakiejś ogromnej intrygi itp. itd. Sęk w tym, że scenarzyści ani razu w sposób przekonywujący owych połączeń nie wyjaśniają. No bo w jaki sposób organizacja Quantum z Quantum of Solace mogłaby mieć cokolwiek wspólnego z agentem-renegatem ze Skyfall? Oczywiście mój fanowski umysł szybko podpowiada, że Spectre to rodzaj kryminalnej organizacji kontrolującej wszystkie światowe "złe machinacje", lecz takie wytłumaczenie chyba zbyt nachalnie stara się szukać punktów wspólnych tam, gdzie ich nie ma. 

Rzecz druga, Spectre podobnie jak Skyfall ma co najmniej kilka dziur logicznych i niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności, których komentowanie w przypadku filmu z pogranicza fantastyki chyba mija się z celem. Albo akceptujemy ten świat "cudowności" albo nie. Faktem jednak jest, że w Spectre owe deus ex machina zdarzają się co chwila i może to popsuć płynność seansu. 

Jeśli miałbym przyczepić się w tym filmie do czegoś szczególnie mocno, to byłaby to dramaturgiczna nierówność. Wspomniałem wcześniej, że produkcja Mendesa stawia sobie za cel stopniowego podbijania wizualnej atrakcyjności, za czym nie idzie niestety równie dokładne podbijanie napięcia. Mam bowiem wrażenie, że kulminacja Spectre jest zaskakująco mało... kulminacyjna. Brakuje tu mocnego akcentu końcowego, jakim była choćby obrona posiadłości Bonda w Skyfall. Także główny wątek miłosny potraktowany jest zbyt pobieżnie, nawet jak na warunki bondowskie, i nie umywa się do romansu z Casino Royale

I tyle. W starszych bondach nazwę złowieszczej organizacji Spectre tłumaczono jako Widmo, co w kontekście najnowszego filmu wymagałoby dopisku "mroczne". Bo i taki jest los współczesnych superbohaterów - ich fantastyczny świat coraz częściej spowijają cienie i brutalnie aktualne problemy (czyt. więcej niż jedna aluzja do Snowdena, Wikileaks itp.). O ile jednak ta formuła "mroczności" zaczyna już powoli docierać do własnego dna, za którym kryje się już tylko autoparodia, o tyle nowy Bond ratuje się właśnie owym charakterystycznym błyskiem ze starszych filmów - może i nielogicznych, może i nieprawdopodobnych, ale urokliwych. I właśnie za ten urok, który nie opuszcza nas przez cały seans, należy Spectre docenić. A co dalej? Zakończenie jest zaskakujące i może prowadzić do kolejnej rewolucji w historii serii. Ten swoisty konsumpcyjny rytuał, jakim jest James Bond, domaga się co pewien czas gruntownej zmiany, która i tak doprowadzić ma do powtórzenia klasycznych schematów. A tymczasem - jest widowiskowo, jest zabawnie, jest emocjonująco. Polecam.

Tomasz Żaglewski

0 komentarze: