Irena Jurgielewiczowa Show, czyli okładki, które pachną gumą Turbo.

12:05 Radosław Pisula 1 Comments

Wszyscy w podstawówce czytaliśmy „Tego Obcego”. Powieść Ireny Jurgielewiczowej rozpoczęła autorski cykl, którego tematami przewodnimi były trudy dorastania, pierwsze uniesienia serca i szukanie swojego miejsca w świecie. Każdy się z tym jakoś identyfikował w odpowiednim okresie życia – mieliśmy swoje proto-young adult, ale bez wampirów, łuków i różdżek (chociaż… zależy jak się to dzisiaj odczytuje). Dodatkowo „Ten Obcy” jest konkretną wczesną wersją „Zagubionych” i duchowym źródłem „Uciekiniera”. Jednak nie to chciałem wspominać. 

Gdy zobaczyłem niedawno klasyczną lekturę na biurku nastoletniego brata, poczułem się, jakbym zjadł umysłem proustowską magdalenkę. Ogłaszam oficjalnie: nic nigdy tak bardzo nie krzyczało „Polska lat 90.”, jak seria wznowień książek Jurgielewiczowej z ostatniej dekady XX wieku. Mamy tam wszystko, co mogłoby się znaleźć na koncercie Wilków albo Piaska – czyste emocje pamiętające blokowiska i browar „EB”, fryzury, za którymi wzdychały nieletnie niewiasty i młodzi wojownicy, swetry z firmowego bazaru oraz niezniszczalne, dżinsowe koszule. To ucieleśniona reminiscencja, która gładzi po komorach nasze starzejące się serca i mimochodem puszcza w tle: 
 

Trzeba doceniać te artefakty i je wspominać, ponieważ taka estetyka już nie wróci. Sztuka przez duże Czar Par: 






Zamiast tego dostajemy wznowienia (2011 rok), które wyglądają jak bękarty „Zmierzchu”. Z czym do ludzi?




PS. Tak naprawdę jednak najbardziej intrygującą okładką Jurgielewiczowej pozostaje „Wszystko inaczej” z 1976 roku, gdzie z miejsca wiadomo, o co chodzi. Napięcie jak u Hitchcocka.


1 komentarz:

  1. Interesujące spostrzeżenie. Ciekawe jakby wziąć jakąś inną popularną książkę, która ma liczne edycję na przestrzeni długiego czasu - aby uchwycić różne trendy. Może "Krzyżaków"? albo "Tristiana i Izoldę"

    OdpowiedzUsuń