Relatywnie nowe komiksy grozy, które warto przeczytać w tej chwili.

14:10 Radosław Pisula 3 Comments


Znowu mamy Halloween. Po pierwsze: zobaczcie dzisiaj „Halloween 3: Sezon Czarownic”. Dlaczego? Bo są tam wąsy Toma Atkinsa, przegroteskowa fabuła, kaprawe maski i całość, jako jeden z niewielu filmowych straszaków, została całkowicie zatopiony w klimacie cukierkowej-demonicznej apokalipsy. Ewentualnie polecam „Mordercze kuleczki”. Po drugie: zapraszam do mojego przeglądu relatywnie świeżych komiksów grozy, którymi powinniście się zainteresować w czasie corocznej eskapady Michaela Myersa po amerykańskich przedmieściach. I w inne dni też.


Podczas wyboru tytułów, aby uniknąć wpisowego burdelu i zachować jakiś konkretny klucz, postanowiłem, że a) liczę komiksy debiutujące od 2010 roku, b) pomijam najpopularniejsze tytuły, jak „Fatale” czy „Outcast”. Skupiam się na tych niesłusznie stojących trochę z boku, c) skupiam się na rynku amerykańskim, ponieważ tytuły z innych kultur mają swoją specyfikę i ciężko stawiać fantastycznego Junjiego Ito obok… w sumie obok czegokolwiek.

Bez wartościowania: kilka świetnych tytułów, którymi warto się zainteresować.


GRINDHOUSE – DOORS OPEN AT MIDNIGHT

Grindhouse było wizytówką Stanów Zjednoczonych lat 70. Terminem tym określano specyficzne seanse w kinach samochodowych, gdzie upalone dzieciaki oglądały filmy zrobione najczęściej za paczkę fajek. Takie wydarzenia składały się najczęściej z dwóch filmów zatopionych w nurcie bezceremonialnej eksploatacji, przedzielanych zwiastunami. Idealną rewitalizacją tego fenomenu był projekt „Grindhouse” Rodrigueza/Tarantino.

Scenarzysta Alex de Campi przywraca pachnącą benzyną estetykę na łamy komiksów, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pierwsza seria, zamykająca się w ośmiu numerach, składach się z czterech diametralnie różnych, dwunumerowych historii. Mamy tutaj inwazję zdzirowatych, humanoidalnych pszczół z Marsa; bunt w kosmicznym więzieniu dla kobiet; gargantuicznie krwawą historię zemsty osadzoną w średniowieczu oraz atak piekielnego demona (w formie roznegliżowanej blondynki), któremu przeciwstawia się grupa najtwardszych dziewic na świecie.

To prawdziwa eksplozja golizny, tryskającej posoki, okrutnej przemocy, wyrafinowanych one-linerów, twardych kobiet i przepysznie absurdalnych fabuł. A wszystko to podsumowane fikcyjnymi plakatami eksploatacyjnych filmów, kończącymi każdy zeszyt. Świetna zabawa, po której z miejsca chce się oglądać „Szybciej, koteczku! Zabij! Zabij!”, „Shafta”, „The Girl From Starship Venus”, „Ostatni dom po lewej” albo „Srogą mamę”.


COLDER

Paul Tobin, odpowiedzialny za amerykańską wersję komiksowego Wiedźmina, przygotował jeden z oryginalniejszych horrorów ostatnich lat. Poznajcie Declana Thomasa, znajdującego się w stanie dziwacznej katatonii (jego ciało jest zimne jak lód, chociaż funkcjonuje normalnie), jego troskliwą opiekunkę, a także tajemniczego Zwinnego Jacka – absolutnie groteskowego dziwaka, który odpowiada za stan Thomasa. Co najciekawsze, cała sprawa ich znajomości rozpoczęła się w szpitalu psychiatrycznym… w 1941 roku. Morderczy żartowniś jest czymś pomiędzy demonem-duchem-trollem-cholerawieczym i żywi się ludzkim szaleństwem. Jak uciec przed pozornie niezniszczalną siłą?

Scenarzysta intrygująco rozprawia się z panującym chaosem i ciekawie rozwija wątek wszechobecnego szaleństwa. To ono jest tutaj głównym bohaterem – wiążę się z życiem wszystkich postaci i napędza surrealistyczna fabułę. Cała opowieść jest duchową kontynuacją fenomenalnego „Shade the Changing Man” Petera Milligana, będącego jednym z kamieni węgielnych impritu Vertigo. W serii Brytyjczyka, szalonej wariacji na temat Doctora Who, obłęd stał się praktycznie sztuką, której podlegał każdy element opowieści. Historia Tobina jest zresztą na tyle ciekawa, że niedawno na rynku zaczęła ukazywać się jej kontynuacja. Zwinny Jack na długo pozostaje w pamięci, a rysunki Juana Ferreyry to klasa sama w sobie.

Przy okazji, to całkiem miła opowieść o miłości, ze świetnym zakończeniem.


GHOSTED

Komiks, który kupuje czytelnika od pierwszej chwili. Podstawa fabularna jest zabójczo ciekawa: Jackson Winters, oszust-wirtuoz, zostaje w pierwszy sekwencjach wyciągnięty z więzienia przez tajemniczą kobietę, robiąca w ośrodku prawdziwą rzeźnię. Okazuje się, że jej pracodawcą jest bogaty ekscentryk, kolekcjonujący horrorowe memorabilia. Teraz zapragnął dołączyć do swoich zbiorów… prawdziwego ducha. Winters, w zamian za sowite wynagrodzenie, ma udać się do rzekomo nawiedzonego domostwa, w którym mieszkała rodzina konkretnych psychopatów i w jakiś sposób dostarczyć widmo do zleceniodawcy. Jeśli oczywiście coś takiego istnieje. Kanciarz, niemający nic do stracenia i uznawany za zmarłego, przyjmuje dziwaczną propozycję, po czym odwiedza paru oryginalnych ludzi, których umiejętności mają pomóc mu wykonać zadanie. Na miejscu wszystko jednak zaczyna się ostro pieprzyć, a bogaty kolekcjoner mógł nie powiedzieć bohaterom całej prawdy.

Pomysł jest prosty, ale zaskakująco świeży: dostajemy połączenie „Ocean’s Eleven” z klasyczną historią o nawiedzonych domach. Postacie są archetypami, ale dzięki zabawnym dialogom i szybkiemu tempu można ich polubić. Szczególnie Wintersa. Pierwsze wydanie zbiorcze stanowi naturalnie zamkniętą opowieść, chociaż Williamson wykorzystał finałowe podsumowanie, aby otworzyć kolejne rozdziały opowieści. Też całkiem nieźle skrojone. Przyjemne lektura, która może szczególnie nie wystraszy, ale jest gotowym storyboardem dla serialu.


I, VAMPIRE

W 1981 roku, na łamach fenomenalnej antologii komiksowej „House of Mystery”, J. M. DeMatteis (odpowiadający za najlepsze semicowe Spider-Many i przerażająco dobre Justice League International oraz Europe) stworzył wampirzego lorda Andrew Benneta, który biegał po kolorowych latach 80., usiłując dopaść swoją dawną ukochaną (Mary Seward, samozwanczą Królową Krwi), skorumpowaną przez mroczne moce i przygotowująca armię kąsaczy. Bardzo solidna opowieść, opierająca się na klasycznym konflikcie miłosnym, wpisująca się w komiksową rewolucję, którą na świat wydadzą Alan Moore i Frank Miller.

Przenosimy się 30 lat do przodu. DC Comics pokracznie restartuje swoje uniwersum inicjatywą New 52. Pośród kilogramów przeciętnych czytadeł znajdują się jednak prawdziwe perły. Jedną z nich jest zrewitalizowana wersja wizji DeMatteisa. Założenia serii są zasadniczo te same: Andrew Bennett, tym razem przypominający młodego bohatera kina akcji (co jednak całkiem nieźle sprawuje się w samym komiksie i „zmierzchowe” pierwsze wrażenie szybko idzie do kosza), podąża za Mary ścieżką usłaną wyssanymi z krwi ciałami.

Za nową wersję odpowiada Joshua Hale Fialkov, autor świetnego thrillera „Echoes” (który polecam przeczytać natychmiast), mający niezwykłe wyczucie względem postaci uwikłanych w horrorowi schematy. Bennett ma tutaj jaja i mimo iż pozostaje pozytywnym bohaterem, to niektóre jego wybory moralne są szemrane niczym twarz Roberta Z’Dara. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Mary Seward – zdecydowanie najciekawsze, obok Wonder Woman pod batutą Briana Azzarello, kobieca postać rebootu. Prawdziwa ociekającą seksem femme fatale, cały czas jednak pozostająca niesamowicie wiarygodnym i silnym charakterem – nie jest sprowadzana jedynie do swoich cielesnych walorów. Pojawia się również spora ilość bohaterów z DC (Batman, Justice League Dark), którzy nie przeszkadzają zbytnio głównej linii fabularnej. Jest tutaj kilka irytujących elementów, na czele z koślawym „głównym złym”, ale nie przeszkadzają one w bardzo przyjemnej lekturze. Całość wciąga jak stare filmy Hammera.

Plus: kosmiczne rysunki Andrei Sorrentino. DC powinno całować go co noc przed snem i dawać do łóżka ciepły termofor, żeby przypadkiem nie uciekł z wydawnictwa. Polecam również jego „Green Arrowa”. Wyczucie akcji, genialne rozplanowanie kadrów, inteligentna zabawa z formą i zjawiskowa kolorystyka. Taka mroczniejsza pop-artowa superbohaterszczyzna. Andy Warhol lubi to.


AFTERLIFE WITH ARCHIE

Archie Andrews i jego ekipa z Riverdale to część historii Stanów Zjednoczonych, która do dzisiaj cieszy się popularnością za oceanem. Czasowa bańka, zamykająca w swoisty sposób życie bohaterów w przeamerykańskich, kolorowych latach 50., nigdy jednak nie przeniknęła na nasz rynek. Warto jednak zainteresować się tym tytułem, nie znając nawet tych kultowych postaci. 

Scenarzysta serwuje nam samoistny, świetnie skrojony horror o zombie, który w przyjemny sposób łączy nihilizm filmów Romero z estetyką rockabilly. Wisienką na torcie są jednak FENOMENALNE rysunki Francesco Francavilli, który z połączenia odcieni pomarańczu, granatu i czerni stworzył magię. Przy okazji komiks potrafi też wystraszyć – idealna rzecz dla kogoś, kto pochłania klimat, ale odrzuca go epatowanie flakami.

Plus: dzieciaki zostają postawione w sytuacji krytycznej. W tym Sabrina - nastoletnia czarodziejka. Temat zawsze w cenie.


NEONOMICON

Alan Moore już od dłuższego czasu uprawia komiksowo-narkotyczny performens. Już dawno wyrwał się z trykociarstwa i oddał się temu, co interesuje go najbardziej – zagłębianiu się w najdziwniejsze odmęty popkultury. Z finezją rozwinął swoją pulpową biblię (świat Ligii Niezwykłych Dżentelmenów), nakreślił intrygujący esej o historii seksu („25, 000 Years of Erotic Freedom”), zamienił literackie klasyki w rubaszne fiku-myku („Zaginione dziewczęta”), a pod skrzydłami Avatar Press odlatuje już na całego. „Neonomicon” to kontynuacja „Alan Moore's The Courtyard”, ale taka z jeszcze większym pazurem. Jest wariacją na temat prozy Lovecrafta (w tym wypadku szczególnie „Widma nad Innsmouth”), gdzie przemoc i seks (szczególnie on) są doprowadzone do ekstremum. Dodatkowo to solidna opowieść detektywistyczna oraz groteskowa laurka dla samotnika z Providance. Ohyda. Polecam.


FERALS

Małe zabite dechami miasteczko, zima. Szeryf cudzołoży w najlepsze w jednym z barów, po czym wraca do swojej ukochanej i tam znowu wskakuje do łóżka. Drugi dzień zaczyna się jednak dużo mniej przyjemnie, ponieważ śliczna dziewczyna, z którą spędził noc, wychodzi na zewnątrz, aby sprawdzić tajemnicze odgłosy i… zostaje zmasakrowana przez wilkołaka. To uruchamia lawinę tragicznych wydarzeń, które zagarniają spokojne dotychczas miasteczko, a protagonista – po brutalnym starciu z włochatą bestią – sam zaczyna przechodzić dziwaczną przemianę.

Komiks Davida Laphama stanowi przyjemną rewitalizację wilkołaczego mitu, powrót do jego dzikich korzeni. Amerykańskie dziury zawsze są dobrym miejscem na historie o włochatej stronie horroru (patrz: "Bigfoot" Richarda Corbena), a Lapham dodatkowo przystraja historię potężną dawką przemocy i w pokrętny sposób seksualizuje całość. To wilkołaki spuszczone ze smyczy, które są po prostu perfekcyjnymi maszynami destrukcji, a przy okazji udana wiwisekcja ludzkiej psychiki w momencie nadnaturalnego zagrożenia. Krew na śniegu zawsze wygląda dobrze.


NAILBITER

Seria, za którą stoi fantastyczny pomysł, rewitalizujący skostniały od lat gatunek. Bo czy można przejść obojętnie obok połączenia slashera z "Twin Peaks"?

Buckaroo w stanie Oregon, miasteczko jakich wiele w Ameryce. Wyróżnia się jednak tym, że wywodzi się z niego… szesnastu seryjnych morderców, znajdujących się w czubie tabeli największych psychopatów w historii kraju. Najświeższy z nich, ochrzczony mianem „Obgryzacza paznokci” (ze względu na niezwykłe zamiłowanie do konsumowania palców swoich ofiar), zostaje złapany już na pierwszych stronach komiksu. Mija kilka lat i nagle agent NSA Nicholas Finch – związany z pochwyceniem krwawego oprawcy – dostaje pilny telefon od swojego przyjaciela, który maniakalnie stara się odkryć sekret stojący za mordercami z Backaroo. Na miejscu okazuje się oczywiście, że kumpel przepadł jak kamień w wodę, a w miasteczku, gdzie prawie każdy w jakiś sposób jest spokrewniony z maniakami, nagle pojawiają się nowe zagrożenia. Finch, wspólnie z twardą szeryf, będzie musiał rozpracować mechanizmy determinujące narodziny zła. A naprawdę ciekawie zrobi się wtedy, gdy z pomocą przyjdzie im Edward Warren – tytułowy Nailbiter. 

Williamson po „Ghosted” bawi się wesoło kolejnym podgatunkiem horroru. Pytania warunkujące całą serię (Co sprawia, że ktoś zaczyna mordować? Czy jest to jedna wielka rzecz, czy może kumulacja wielu małych? Jak bardzo kształtuje nam miejsce zamieszkania oraz jego historia?), to naprawdę świeże zagadnienia w przypadku historii z dziwakami szlachtującymi trykających się nastolatków.

Scenarzysta po raz kolejny zachowuje również odpowiednie proporcje pomiędzy horrorem, a czarną komedią. Dialogi są żywe (w przeciwieństwie do niektórych postaci), historie morderców zaskakująco groteskowe, a bohaterowie mają swoje sekrety i często podważamy ich status moralny, dzięki czemu są wielowymiarowi. Prym wiedzie tutaj Nailbiter, za którym stoi przepaskudza przeszłość, ale nie sposób go nie polubić. Co jest a) przykładem przemyślanej konstrukcji postaci b) złym znakiem dla bliskich mi osób. Co ciekawe w #7 jednym z bohaterów ma być scenarzysta Brian Michael Bendis (co jest ukłonem w stronę jego "Powers" #7, gdzie pojawił się Warren Ellis). 

„Nailbiter” to świeży, błyskotliwy i świetnie narysowany komiks, który powinien zainteresować każdego fana horroru – szczególnie, jeśli bawi go zabawa z formułami gatunkowymi, taka jak w serii „Krzyk” lub „Domu w głębi lasu”. Co ty byś zrobił, żyjąc w miejscu, gdzie głównym towarem eksportowym są finazyjne morderstwa?

3 komentarze:

  1. Mam ciarki po przeczytaniu pozytywnej oceny Nailbiter, ten komiks to u mnie top topów 2014 z cyklu jak spieprzyć dobry pomysł i zupełnie rozminąć się z konwencją, którą samemu się sobie wybrało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale czemu rozminąć? To przecież zgrywa z konwencji slashera - z takim twistem, że zachowuje całe jego gore. I na tym polu spełnia się idealnie. Ja bardzo lubię surrealistyczną otoczkę całości, szczególnie ostatni numer, gdzie Williamson (parafrazując "Powers" Bendisa z wykorzystaniem samego Bendisa) rozkłada wszelkie gatunkowe idiotyzmy na czynniki pierwsze. Nadal jestem tak samo podjarany całym pomysłem i wykonaniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja serię odłożyłem po 5 zeszycie i nie miałem odwagi wracać. Problem polega na tym (u mnie), że patrzę i patrzę, a nie widzę tutaj zgrywy z tego co mówisz, tylko jak po sznurku umieszczenie wszystkiego co może się sprzedać w kowencji ale z pominięciem dobrego pisarstwa, w efekcie dostajemy bohaterów, którzy są tak szarzy, że aż przeźroczyści i arcynudny comic relief w postaci głównego złego, ktory nie jest głównym złym, ale za to potrafi sobie zażartować z milczenia owiec. Oczywiście wspomniana postać i tak jest najlepszym elementem serii (na to 5 przeczytanych zeszytów) ale dla mnie jest to najgorszy komiks z Image i jeden z najsłabszych creator-owned w ogóle jaki przeczytałem w tym roku.

    Czytając to czułem się jak podczas oglądania pierwszego sezonu The Following, dostałem pomysł z potencjałem wykonany tak, że czułem się gorzej z każdą spędzoną z tym tworem minutą ;)

    OdpowiedzUsuń