Godzilla (2014)

22:30 Radosław Pisula 1 Comments


Nowa (a raczej nowy) Godzilla zawodzi. Czytałem w paru miejscach, że fani powinni się lepiej bawić podczas seansu. Bzdura.

Miało być tak dobrze. Trailery sprawiały niezłe wrażenie. Nie jarałem się może jak flota Stannisa nad Czarnym Nurtem, ale ponowne spotkanie z prześliczną gadziną to zawsze miła chwila. Nawet jeśli kilka naszych ostatnich randek kończyło się zaledwie na pocałunku w policzek. Gareth Edwards obiecywał dużo. Miało być klasycznie, widowiskowo, nowocześnie. Niestety do materiału musieli się chyba dorwać scenarzyści Rewanżu Godzilli, bo nie wiem jak inaczej wytłumaczyć taka bolesną przeciętność tej megaprodukcji. 


Przez ekran przewija się spora ilość ludzi. Naukowcy i w ogóle. Same mądre głowy. Akcja ma swój początek w 1999 roku, gdy gdzieś na krańcu świata – w kopalni wyglądającej jak fabryka niewolników, czekałem tylko kiedy zza winkla wyskoczy Leo DiCaprio z krwawym diamentem – osuwa się ziemia. Dr. Samuraj Watanabe znajduje monstrualny szkielet i tłumaczy nam, że coś tu było ale sp… uciekło. W tym czasie Walter White i pani która wybiła się na reklamach Crédit Agricole są super-fizykami radioaktywno-jądrowo-kosmicznymi w Japonii. Nagle zawalił się ich super-jądrowy kompleks, rodzinę naznaczyła tragedia, a White stał się Melem Gibsonem z Teorii spisku (albo po prostu Melem Gibsonem). Po 15 latach naukowcy dalej grzebią i odkrywają, dzieci dorastają, potwory wracają. Dzielny amerykański saper, chłop na schwał, będzie próbował uratować przez resztę filmu wszystko co kocha, a widzowie zaczną się zastanawiać dlaczego ten film zatytułowano Godzilla

Obraz potęguje najsłabsze elementy serii poprzez wybicie czynnika ludzkiego w stratosferę. Patos przeżerający przygodę jankeskiego chłopca, jadącego spotkać się z rodziną, to element wałkowany już tyle razy, że w fotelu człowiek po prostu przysypia – nieważne ile rzeczy wybuchnie. I nawet nie wybuchają przez Godzillę, którą (którego, ARGH!) w całym filmie widzimy może 7 minut. Pierwszy akt to powolne odkrywanie konspiracji, szytej najgrubszymi nićmi jakie można znaleźć. Oczywiście we wszystko wplątał się dramat rodzinny. Bo przecież wiadomo, że po to ludzie odą do kina na film o wielkim potworze. Najdziwniejsze, iż te momenty przywodzą na myśl kuriozalną Zillę Emmericha. Tam też mieliśmy quasi-jurassikparkowe śledztwo, oglądanie śladów i oczekiwanie na monstrum. Niemiec dał nam jednak popatrzeć na gadziego lewiatana, a Edwards zachowuje się jak rodzice, wpadający nam do pokoju gdy właśnie spotkaliśmy się z dziewczyną i osiągamy nirwanę. Cos zaczyna się dziać i bach, obraz ucieka gdzieś na ekrany telewizora, wrota się zamykają, a my oglądamy Lizzie Olsen tulącą swojego synka. To MAKSYMALNIE irytujące formalne zabiegi absolutnie niszczące frajdę z seansu. Gdybym chciał oglądać Cloverfield to oglądałbym cholerne Cloverfield


Rozumiem, może producenci podkręcali kurek z pieniędzmi i trzeba było oszczędzać, pokazując widzowi ochłapy. Jednak w takim wypadku oczekujemy finału wgniatającego nas w fotel. Dostajemy w końcu parę chwil z wyczekiwaną pierwszą dama kina destrukcji. Tak, w tych 7-8 minutach zawarte są fantastyczne momenty (a sam pomysł na motywację jaszczury jest ciekawy), jednak nie zmienia to faktu, że pozostałe 6 godzin seansu stanowi festiwal gadających głów i biegających żołnierzy, których - z całym szacunkiem - mam gdzieś. Ile można gadać o impulsach elektromagnetycznych, a także pokazywać jakieś zapchajdziury? 

I kurcze, nie chciałem tego robić, bo abominacji z 1998 roku nienawidzę czystą nienawiścią, ale schemat fabularny obu filmów jest BARDZO podobny i równie kretyński. Wspomnicie moje słowa po seansie. Cała odyseję związaną z ludzką walką przedstawiono strasznie kulawo, momentami nawet slapstickowo, stawiając dodatkowo w świetle jupiterów najgorszy MacGuffin w historii kina. Quicksilver, Scarlett Witch, Walter White i Prawie Ostatni Samuraj to świetna obsada, która jednak w filmie o wielkim potworze nie powinna zajmować tyle miejsca. W ten sposób Bay zatopił wcześniej Transformers. Klasyczne "Godzille" nie są oczywiście niewinne, bo również stawiały ludzi na piedestale (wspomniany już Rewanż Godzilli) i pamiętamy je zazwyczaj przez nostalgiczne okulary, ale: 

a) nigdy nie żałowały nam gumowej heroiny, czasami nawet aplikując ją w maksymalnych dawkach, gdy do kolejnych obrazów doklejano walki z poprzednich części. 
b) z filmu Edwardsa będę za pół roku pamiętał góra trzy sceny – dlatego zawsze dziękuje japońskim kaijū-eiga za Mothre, Króla Ghidorah, Jet Jaguara, walki w kosmosie, potwory ze szlamu i mecha-monstra. 

Bo w tym właśnie tkwi cały urok tych kuriozalnych opowieści. Del Toro idealnie to czuł w Pacific Rim, składając hołd gatunkowi. Pewnych rzeczy nie można urealistycznić - trzeba je prezentować w całej ich przerysowanej chwale. Wiemy, że podczas kolosalnej demolki przerośniętych gadów giną ludzie – pokazano to już w Cloverfield. W Godzilli chcemy widzieć wielką obrończynie ludzkości tłukącą groteskowych złoczyńców.


Konwencja sypie się w szwach, a widz ziewa. Znalazło się tutaj kilka efektownych ujęć oraz spektakularnych momentów, ale cała reszta to zlepek spowszedniałych motywów najniższego sortu. Nie lubię jak ktoś wymusza na mnie emocje w tak nieumiejętny sposób. Zmarnowany potencjał, lepiej obejrzeć Godzilla kontra Hedora. Chociaż ostatnia scena jest naprawdę wspaniała i wynagradza w jakiś sposób bezpłciowość całości. W tym pomyśle oraz takiej kreacji monstrualnej damy tkwi potencjał, tylko dajcie jej w sequelu jakąś wyspę potworów i niech szaleje do woli. 

Duży plus za to, że żadne tornado nie wciągnęło papy Kenta.

SPOILER: Pojawia się bomba-wibrator, serio. Śmiechłem w kinie jak Ryan Reynolds podczas czytania scenariusza Green Lanterna.

1 komentarz: